O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych
 
Na odosobnionej we Wszechświecie, niewielkiej Planecie nie znano jeszcze ognia. Pewnego razu pojawił się tam "syn planetański" (jak sam o sobie mówił) imieniem Planetariusz z cudownym kryształem do jego rozniecania.
Chodził on od osady do osady, rozpalał "Żywy Ogień", uczył jak właściwie się z nim obchodzić i najlepiej posługiwać. Ukazywał niepojęte dobrodziejstwa jakie dawał on planetarianom - jak sami siebie nazywali mieszkańcy owej Planety.
Od nikogo nie brał za to żadnego wynagrodzenia, pozostawał ubogim i służącym każdemu w potrzebie niezależnie od jego stanu  i aktualnych okoliczności. Zachęcał przy tym, by darmo otrzymując, darmo dzielono się Ogniem ze wszystkimi pragnącymi. Przysporzyło mu to wielkiej sławy. Wieść o nim rozniosła się po całej Planecie.
 
W krótkim czasie skupiła się wokół niego grupa osób nazywanych odtąd Planetariuszami. Jako że znali tajemne rzeczy, planetarianie zaczęli otaczać ich wielkim szacunkiem. Wielu możnych i wpływowych szamanów widząc możliwości powiększenia swojej chwały i panowania nad innymi dołączyła do Planetariuszy. Okazało się jednak, że z powodu ich podejścia, odmiennego nastawienia, nie byli oni zdolni do życia według nauk Planetariusza czyniącego tak cudowne rzeczy. Zazdrościli mu i obawiali się, że mogą przez niego utracić swoje znaczenie, wpływy i władzę. Podstępnie zwabili więc go do siebie i zabili.
 
A żeby nikt nie mógł ich o to posądzić, pochowali go z wielkim szacunkiem i czcią w swojej świątyni ogłaszając, że odtąd będzie to świątynia ku jego czci.
Ogłosili też, że teraz oni - Planetariusze, posiadają tajemną wiedzę rozniecania Żywego Ognia. Kryształ do jego rozpalania pozłocili, a dla podkreślenia jego bezcennej nadprzyrodzonej wartości oprawili w drogocenne klejnoty i ustawili w centralnym miejscu świątyni. Dla oddawania czci owemu wielkiemu dobroczyńcy Planetarian ustanowili odpowiednie święte nabożeństwa, które miały podkreślać powszechne braterstwo. Uczynili też wiele złotych kopi kryształu, artystycznie i bogato zdobionych, by móc je udostępniać we wszystkich świątyniach. Za pomocą specjalnych gestów, znaków, symboli i nieznanych słów podkreślali swoją znajomość tajemnej wiedzy.
 
Tym sposobem sława i bogactwo planetariańskich szamanów rosły, zwiększały się ich wpływy, rósł autorytet. Jednak po pewnym czasie z powodu wygasania ognia i trudności z jego pozyskiwaniem planetariusze zaczęli szemrać, wątpić, podejrzewać. Dla ratowania autorytetu wszystkie świątynie rozbudowywano, upiększano i unowocześniano. Najwspanialszym nadawano tytuł cudownych narodowych sanktuariów. Szamani sprawili sobie bardzo świetliste i bogato zdobione szaty, na specjalnych podwyższeniach w centralnej części sanktuarium ustawili wymyślne bogate trony na których zasiadali dla sprawowania licznych wspaniałych uroczystości. By w tej sytuacji nie zasłaniać pamiątkowych „kryształów do rozniecania ognia" przeniesiono je do wybudowanych bocznych ołtarzyków. Mówiono, że nawiedzanie ich sprawia, że ludziom lepiej powodzi się w życiu, że mogą uzyskać w ten sposób wszelkie moralne narkotyki dla dobrego samopoczucia, dla zdrowego, uporządkowanego życia, a także zdobyć powszechne poważanie i szacunek... Mówiło się, że dzięki temu można nawet odzyskać zdrowie, przedłużyć życie, zdobyć bogactwo i wpływy.
 
Kult ten jednak pozostawał wciąż jedynie formalistyczny.  Żywy Ogień już prawie wszędzie powygasał. Starano się jednak podtrzymywać pamięć o jego istnieniu, jako o czymś absolutnie wspaniałym i uszczęśliwiającym. Czytano spisane wspomnienia z różnych zdarzeń związanych z okresem, gdy w ich krainie działał ów "Wielki Planetariusz" rozniecający darmo Ogień, którego pozłacany kryształ był pamiątką i symbolem. Głoszono nauki o wielkiej jego wartości. O tym, że zachowanie pamięci o Ogniu pozwoli każdemu człowiekowi po śmierci pójść do krainy, gdzie istnieje powszechnie dostępne nieskończone źródło potężnego i wspaniałego, nigdy nie gasnącego OGNIA.
 
Szamani zasmakowawszy w otaczającej ich jeszcze ze strony planetariuszy czci, sami uwierzyli w swoje szczególne wybraństwo, w swoją wiedzę, w doskonałość i świętość. Stawali się przez to coraz bardziej wyniośli i zdystansowani od pospolitych planetarian.
Bardzo nieliczni stali się planetarianie  żyjący według pierwotnych nauk swojego Wielkiego i Wspaniałego Założyciela, którzy twierdzili, że On Żyje w Ogniu i mają z Nim stały kontakt. Zepchnięci na margines, na obrzeżach wówczas jeszcze istniejącej cywilizacji, wciąż potrafili podtrzymywać Żywy Ogień, ale traktowano ich jako ciemnogród, jako wyrzutków niszczących jedność i miłość braterską. Wpływowi szamani potępiali też każdą wiadomość o tym, że gdzieś jeszcze jest Ogień, jako fałsz niebezpieczny dla czystości wiary i zakazywali jego - ich zdaniem- zabobonnej czci.
 
Z czasem więc coraz mniej ludzi wierzyło w istnienie nadprzyrodzonego Ognia. Opowieści o nim zaczęto uznawać jedynie za piękną legendę. Świątynie wyplanetarniały się. Szamani usiłowali więc na wszelkie sposoby podtrzymać wiarę prześcigając się w oryginalności interpretacji dawnych opowieści. Podkreślali wielką wartość folkloru, który powstał na bazie tradycyjnych uroczystości. Jednak rozwój tych intelektualnych rozważań doprowadził w końcu do tego, że sami przestali wierzyć, by Żywy Ogień był kiedykolwiek na ziemi. Głosząc zaś jeszcze to, w co sami już nie wierzyli uwidaczniali się jako hipokryci. Na jaw wychodziły ich coraz większe przywary, gdyż już nawet nie potrafili utrzymać pozorów przykładnego życia. Coraz więcej planetariuszy zaczynała z nich drwić, dochodziło do prześladowań. Postanowili więc ratować sytuację dostosowując nauczanie do zmian jakie dokonały się w moralności świata, w którym kult Żywego Ognia zastępowano kultem planetariusza. Czyli kultem samego siebie i własnego rozumu.
 
Zaczęli więc podkreślać wielką wagę jedności i braterstwa w dążeniu do wspólnego dobrobytu. Dostosowali do nowego sposobu myślenia liturgię i zmienili wielowiekową Świętą Tradycję. Przy tym jednak kultywowali żywy folklor, jako niezwykle istotny dla podtrzymania rozpowszewchnionej, łatwej i schlebiającej każdemu, panetariuszowej tradycji. Oznaki wielkiej, bezgranicznej czci Ognia, jakich wymagała Święta Tradycja wydały im się już teraz postawą niewłaściwą, nazbyt zabobonną, niegodną wielkiej godności planetariusza. Dostosowując się do oczekiwań i wymagań świata ulegli kultowi samego siebie. Zatraciwszy wiarę w nadprzyrodzony Ogień oraz ducha służby i poświęcenia, przestali dbać o swoją czystość, pokorę i świętość. Stwarzali jednak takie pozory, stając się w stosunku do zwykłych planetarian zdystansowani, oddzieleni, wyniośli… I z czasem jako takich planetarianie zaczęli ich postrzegać. Spowodowało to powszechną utratę wiary nawet w to, że Żywy Ogień kiedykolwiek istniał i gdziekolwiek istnieje.
 
I tak oto Żywy Ogień nadprzyrodzonej Miłości zastąpił egocentryzm. Planetarianie zaczęli coraz bardziej zażarcie walczyć ze sobą o wybicie się, o zaistnienie, o powszechny podziw, zaszczyty, wyróżnienia, chwałę... Zrodziła się potrzeba szpanowania, błyszczenia, bycia kimś, dominowania nad innymi, posiadania jak najwięcej rzeczy dla samego posiadania. Psychikę planetarian jednak niszczyła powiększająca się epidemia zazdrości i pychy. Niemal wszyscy zachowywali się jak otumanieni narkomani żebrzący o jakiekolwiek dawki narkotyków. Najbardziej cenne były te zwane polubieniami, akceptacją czy schlebianiem. Niestety rozwijająca się epidemia egocentryzmu i pychy powodowała, że rozpaczliwie brakowało ich dawców. Szukano więc gorączkowo zapomnienia w przeróżnych imprezach dających dawkę emocji. Pomiędzy nimi świadomość otumaniano przeróżnymi środkami chemicznymi. Doszło do tego, że nawet własne ciało stało się źródłem choćby chwilowego zapomnienia. Nieopanowywane żądze rozpalały planetariuszy, powodowały powszechną rozwiązłość. Powstawały szaleńcze dewiacje. Rodzące się z tego powodu groźne choroby, manie i holizmy unieszczęśliwiały jeszcze bardziej biednych planetariuszy. Powszechna pycha potęgowała ślepotę tak, że każdy sam siebie czynił celebrytą. Narastało wzajemne dystansowanie się planetariusza od planetariusza, powszechna była rywalizacja w myśleniu, niechęć w uczuciach, wrogość do siebie nawzajem przy poczuciu osamotnienia i bezsensu takiego życia. Już nawet wszelkie cudowne wynalazki przytępiające i ogłupiające świadomość przestały pomagać w postępującej depresji i psychicznych załamaniach. Śpiewano jeszcze piosenki o ogniu, ale opacznie go pojmując nie potrafili już w swym egocentryzmie go odnaleźć u prawdziwych nielicznych i wyśmiewanych Planetarian i w sobie rozpalać.
Żywy ogień Miłości zaś sprowadzono jedynie do pustego pojęcia, któremu nadano nowe znaczenie i sens. Stał się jedynie symbolem gromadzącym planetarian dla tworzenia choćby na chwilę wrażenia wspólnoty.
 
W ten sposób prawie wszyscy planetariusze ulegli powszechnegmu szaleństwu. Wielu z tych, którzy jeszcze nie byli szaleni starali się za takich uchodzić, by nie być wykpionym i odrzuconym. Każdy bowiem - kto nie był jak wszyscy, uznawany był za wariata, foba, ciemnotę, nie tolerancyjnego wroga światłego planetarianina.
 
Tylko niewielka pogardzana reszta wraz z nielicznymi ośmieszanymi i prześladowanymi prawdziwymi kapłanami oparła się naciskom oszalałego świata. Oparła się dlatego, że nie dopuszczała do siebie oparów światowej poprawności, mód, trendów czy układności, które przygaszały Ogień Miłości odcinając dopływ tlenu nadprzyrodzoności. Było to możliwe dzięki umiłowaniu i zgłębianiu Tajemnicy Miłości i Prawdy, które objawiając Siebie ukazywały duchową drogę dla wytrwania w wierze w nadprzyrodzoną Żywą Obecność Ognia Miłości w Tabernakulum. Zafascynowani tą drogą, zauroczeni poznaniem, dzięki rosnącemu pragnieniu rozpalali się tą Miłością w bliskich z Nią relacjach. Ona to dawała im moc do jeszcze większego rozpalania się Ogniem Miłości dzięki dokładaniu licznych gałązek absolutnie bezinteresownej ofiarności. Dzięki temu mogli też zachować w sobie pokój i rozpalać w innych Ogień pochodzący z miłosierdzia (tej miłości, która się nie należy) wobec ośmieszających i prześladujących ich za oznaki najwyższej czci, za bycie czcią przejętym wobec niewysłowionej Najwyższej Inteligencji, która jest samą Miłością ale i Sprawiedliwością. Która jest dla zdrowego planetarianina Wszechmocą o nieskończonej Świętości. Oni pojmowali, że trzeba być nieustannie czujnym i gotowym, bo przecież sam Ogień nie pozwoli z Siebie w nieskończoność szydzić.
 
Mała zdrowa Reszta planetarian, wolna od szaleństw i cielesnych zniewoleń przetrwała ostateczne plagi jakie planetariusze sami na siebie ściągnęli. Na czas oddzieleni, zgromadzeni w swoich nielicznych prawdziwych Świątyniach ocaleli z ostatecznej pożogi, którą rozpalił ogień, który zgodnie z licznymi przestrogami spadł w końcu na Planetę i spalił tę - jak ją nazwano - Sodomę i Gomorę bez granic.
 
Na jej popiołach wyrosła nowa cywilizacja powszechnego pokoju, dobra, piękna, czystości i miłości - zapowiadane i oczekiwane Królestwo Ognia Bożej Miłości na niebywale odnowionej, cudownej Planecie.
<><

 

OGIEŃ

2019/09/30

 

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                               br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

  AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 028041