"Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane.     Utrzymujemy tę witrynę z własnych środków bez czerpania korzyści (nie zawiera reklam), a służyć ma ona powszechnemu dobru. Prosimy więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystaliśmy czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszamy, prosimy o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a  usuniemy. Również w razie zauważenia błędów i niejasności, których wykluczyć nie możemy pomimo wszelkich starań, by była tu jedynie Boża Prawda.  

 Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzymy. Z darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.  

Strony mogą zawierać pliki cookies.                                                                                              Małgorzata   et    br.stanislaw@gmail.com

 

DEO   OMNIA  GLORIA

 

ET  BEATISSIMAE  VIRGINIS  MARIAE

 

 

 

Gorliwość i ufność

 

O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i Niewiastę, między potomstwo twoje a potomstwo Jej: Ona zmiażdży ci głowę, a ty czyhać będziesz na Jej piętę.  (Zob. Rodz 3,15; tą "piętą"- jak powiedziała sama Maryja, są Jej umiłowani Kapłani)

 

 

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

Jak  młody człowiek, zapewne dostrzegający samego siebie jako najgorszego ze wszystkich, pozbawionego jakichkolwiek zdolności, talentów, mający  problemy ze swoją niską samooceną, posiadający zły obraz samego siebie... -  poradził sobie z sobą? Najpierw krótki życiorys:

 

Feliks urodził się w 1540 roku we Włoszech (w Montegranaro koło Ankony) w biednej wielodzietnej rodzinie robotnika budowlanego.  Ponieważ był bardzo nieporadnym dzieckiem, rodzice wysłali go do znajomego rolnika, któremu pasł owce. Dało mu to sposobność do życia w ciszy, na modlitwie i rozważaniach. Po śmierci ojca wezwany został do pomocy w domu. Jednak z powodu swojej nieporadności był bardzo źle traktowany, szczególnie przez starszego brata. Być może taka  sytuacja rodzinna miała wpływ na  wczesne podjęcie decyzji o wstąpieniu do zakonu kapucynów. Miał ukończone zaledwie 16  lat.  Wstępując powiedział: „Nie mam nic prócz krucyfiksu i różańca, ale z nimi mam nadzieję pomóc braciom i zostać świętym”. Feliks przybrał wówczas imię Serafin.  Pomimo dobrej woli, wielkich chęci i wysiłków miał wciąż problemy z wykonaniem prostych poleceń przełożonych, za co go często karcono. Spotykało go też z tego powodu wiele przykrości i docinków.

 

Długie godziny, zwłaszcza w nocy, spędzał więc w kościele na modlitwie. Pewnego razu usłyszał głos dochodzący do niego z Tabernakulum:

 

 "By służyć Panu, musisz umrzeć dla siebie i zaakceptować wszelkie trudności".

 

  Od tej pory dokonywała się w nim wyraźna przemiana. A uświęcał się jako kwestarz, ogrodnik i furtian. Z czasem Bóg obdarzył go wieloma charyzmatami: darem poznania, umiejętnością czytania w sercach ludzi i nadprzyrodzonego uzdrawiania m.in. kard. Berniero ze śmiertelnej choroby. Zdarzyło się, że pewna kobieta zapytała go, czy urodzi chłopca, czy dziewczynkę. Serafin początkowo próbował uniknąć odpowiedzi, ale gdy kobieta nalegała narzekając, że nie wie jakie dziecku nadać imię, śmiejąc się powiedział: "Jeśli o to chodzi, wybierz Urszulę i jej towarzyszki". Okazało się, że kobieta ta urodziła kilka dziewczynek.

Mimo że był analfabetą i nie ukończył żadnej szkoły, coraz więcej ludzi przychodziło do niego po radę i naukę. Byli to zarówno świeccy jak i duchowni, niekiedy osoby wysoko postawione w ludzkiej hierarchii (m.in. książęta Bawarii i Parmy, szlachta i arystokracja z Bolonii, dostojnicy kościelni, w tym kard. Bandini i kard. Bernerio).  Nigdy nie pozwalał, by dla oddania czci czy w podzięce całowano jego rękę bądź tunikę. Nosił stale przy sobie różaniec i mosiężny krucyfiks, który podawał dla uczczenia Zbawiciela. 

 

Brat Serafin stał się podobny do założyciela zakonu św. Franciszka z Asyżu. Radosny, z poczuciem humoru, kochał przyrodę i wszystkie stworzenia. Był wzorem cierpliwości wobec ludzi. Odznaczał się szczególnie miłością do Eucharystii i Matki Najświętszej. Długie godziny spędzał na modlitwie. 

 

Przez 48 lat swojego zakonnego życia przebywał w różnych klasztorach. Od roku 1590 do końca swoich ziemskich dni w Ascoli Piceno. Bardzo go tu ceniono. Gdy w 1602 r. zamierzano przenieść go do innego klasztoru, zaprotestowały nawet władze miejskie. Zmarł 12 października 1604 r.  Na wieść o jego śmierci papież Paweł V poprosił o zapalenie specjalnej lampy na jego grobie. Jego ciało znajduje się w kapucyńskim opactwie w Ascoli Piceno. Beatyfikowany został w 1729 r., a kanonizowany  w 1767  przez papieża Klemensa XIII, który w bulli kanonizacyjnej napisał, że Serafin, ten wielki analfabeta, był człowiekiem, który

"wiedział, jak czytać i rozumieć wielką księgę życia, jaką jest nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus".

 

 

Z tego krótkiego poznania ziemskiego życia Feliksa Rapagnano nasuwa się  pewna refleksja. Może okaże się komuś przydatna w tym naszym ciężkim czasie, kiedy ludzkość w większości uległa chorobie wielkiej znieczulicy, oziębłości, egocentryzmowi, rywalizacji... i cierpimy przez to niemal jak narkomani  głód i pragnienie akceptacji, uznania, bycia lubianym, kochanym, podziwianym, pożądanym... by osiągnąć osobisty sukces, by stać się "Kimś" w tym oszalałym świecie. W świecie, w którym wszyscy pragną być kochani, tylko zabrakło prawdziwie miłujących, w którym zapanowała prawdziwa pandemia depresji - choroby śmiertelnej, na którą cierpi obecnie około 350 milionów najczęściej młodych ludzi (aż 44 % nastolatków) z których 40-80 procent  zmaga się z myślami samobójczymi, a ok. 1 miliona rocznie  skutecznie odbiera sobie życie. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce depresja będzie najczęstszą chorobą na ziemi.  Tak ludzkość osiąga upragnione szczęście żyjąc jakby nie było pośród nas Boga Żywego i działającego.  

 

Potrzeba więc nam refleksji jak z tego stanu wyjść. A podpowiadają ludzie  pozbawieni wszelkich środków i zdolności, którzy jednak pozwolili Bogu zadziałać w swoim życiu i dzięki temu osiągnęli szczęście - wbrew temu, co głosi ten świat. Doskonałym przykładem jest Serafin z Montegranaro, który usłyszał słowa: by służyć Panu... - a przecież był już zakonnikiem. Więc samo zewnętrzne poświęcenie swojego życia Bogu jeszcze niczego nie przesądza. Nie trzeba czynić wielkich dzieł, wielu zwykłych ludzi może robić to samo co robi, tylko z innym nastawieniem - by służyć Panu. Ale tak, jak On tego oczekuje, a nie według własnych pomysłów. 

Czym to jest, od czego zależy i jaki skutek w nas czyni? 

 

To nic innego jak wejście na drogę prawdziwej świętości. Dla świadomego wejścia na tę drogę  potrzeba przede wszystkim otwarcia serca czyli zapragnięcia tego, potrzebna jest zaledwie dobra wola i modlitwa sercem, która z czasem - jak to się uwidacznia w żywotach świętych - rodzi w nas szczególne nabożeństwo do Eucharystii i Matki Najświętszej. To nabożeństwo, to nie dewocja w złym tego słowa znaczeniu, a  prawdziwa szkoła życia w prawdzie o sobie i w Bożej miłości zgodnie ze słowami, jakie usłyszał Serafin z Tabernakulum: "...musisz umrzeć dla siebie i zaakceptować wszelkie trudności".  

 

Jak jednak człowiek niewątpliwie dostrzegający samego siebie jako najgorszego ze wszystkich, pozbawionego jakichkolwiek zdolności, talentów, mający na pewno problemy ze swoją niską samooceną, pragnący mieć dobry obraz samego siebie, jak niemal każdy być "kimś" w tym świecie - mógł jeszcze "umrzeć dla siebie"? Co to znaczy, czy jest to pomocą czy utrudnieniem dla ludzi w podobnej sytuacji?

 

Na stronach odrodzedoprawy.pl zgłębiamy co to znaczy umrzeć dla siebie  (np: odrodzedoprawdy.pl/ja---poznanie-siebie odrodzedoprawdy.pl/trzy-sfery-czlowieka). 

Mówiąc w skrócie. W wyniku naszej zepsutej natury ludzkiej, niejako zgodnie z nią pracujemy nie tyle nad tym, by być w rzeczywistości dobrym ale nad tym, by być dobrze postrzeganym przez innych i (dzięki temu) mieć dobre mniemanie o sobie. O wiele łatwiej jest przecież stwarzać pozory, grać role, nauczyć się wywierać dobre wrażenie, niż faktycznie stać się dobrym - tym bardziej, gdy nie radzimy sobie ze swoimi złymi upodobaniami.  Chcąc zaś  widzieć siebie lepszym na ogół widzimy to, czego pragniemy. Usiłujemy bowiem nie dopuszczać do świadomości jakiejś przykrej dla naszego ego rzeczywistości.  A to czyni nas zakłamanymi hipokrytami. Z tego zakłamywania siebie wynika najwięcej nieporozumień i nieszczęść pomiędzy ludźmi i między człowiekiem i Bogiem.

 

Umrzeć dla siebie, to umrzeć dla tej szkodliwej miłości własnej. Szkodliwej najbardziej dla samego siebie ale i dla innych. Bo każdy (obojętnie czy świadomie czy też nie), kto  psuje tę naszą pracę nad widzeniem siebie dobrym, nad naszą dobrą samooceną, postrzegany jest przez nas jako ktoś szkodzący nam, jako wróg kolący oczy. Umrzeć dla siebie, to umrzeć  dla tego pragnienia widzenia siebie dobrym za wszelką cenę (by zobaczyć Prawdę Bożą, która jedynie może nas wyzwolić ze zła, którego nie chcemy sobie uświadomić); to umrzeć dla tego ciągłego porównywania się, dla pragnienia pysznienia się i nie uświadamianej sobie często zazdrości, dla rywalizacji z innymi, aby tylko widzieć siebie lepszym, aby poczuć się lepszym. Dla tego poczucia stajemy się wyniośli i zdystansowani - a to niebezpieczeństwo dotyczy szczególnie osób, które zewnętrznie poświęciły się Bogu. 

 

Wtedy tylko uzyskujemy zdolność do tego, by umrzeć dla siebie, by zaprzeć się siebie (zob. Mt16,24;Mk8,34;Łk9,23), gdy czynimy to w świetle Bożej Miłości, w doświadczeniu Bożej Miłości.

A to dzięki modlitwie sercem. Wtedy dopiero Bóg może docierać do naszej świadomości ze Swoją Prawdą o nas. Tu zaczyna się droga świętości, na której ta bolesna dla naszego ego prawda chroni nas przed wzrastaniem w pysze - oddzielającej nas od Boga nawet przy powielaniu praktyk religijnych. Na tej drodze wolimy już, aby Bóg nawet bez miłosierdzia nas oczyszczał, niż byśmy mieli żyć w tym samozakłamaniu i ranić Jego Miłość do nas. Łatwiej nam więc zaakceptować wszelkie trudności czyli "brać swój krzyż". Nie są wówczas one niejako przypadkowe, nie dopadają nas życiowe katastrofy, klęski, psychiczne załamania i depresje. Gdy poddani jesteśmy Bogu, On nas przed nimi pragnie ochronić (na ile w swej zmienności pozwalamy), a te, które stwarza i stawia przed nami w Swej miłości Boża Opatrzność są na miarę naszych możliwości -  dla stopniowego uświęcania nas i dania nam szansy na uczynienie swojego życia prawdziwie sensownym i owocnym. "Albowiem jarzmo Moje jest słodkie, a Moje brzemię lekkie" - mówi Pan (Mt11,30). Taki trud daje bowiem nadprzyrodzoną radość i pokój jakich ten świat nie zna, a doprowadza nas to wręcz do żarliwości o chwałę Boga. Czy cokolwiek na świecie może nam w tym przeszkodzić? Absolutnie nie! Własne uświęcenie temu celowi wówczas służy, a uświęceniu właściwie każda zaakceptowana przeciwność. 

 

Święty Serafin z Montegranaro stał się prawdziwym KIMŚ w tym świecie i w Niebie. Zapewne mogła doprowadzić go do tego Miłość Boża dzięki temu, że uwierzył Bogu i zgodził się, wewnętrznie zaakceptował to bycie nikim. Czyli umarł dla siebie, dla budowania własnego ego, a wówczas Bóg dla niego stał się wszystkim. Dopiero dzięki temu może rozwijać się nasza dusza i  duch - nasza prawdziwa, nieśmiertelna jaźń - nasza samoświadomość, której stan rozwoju utwierdza na wieczność śmierć w ciele.

 

Trzeba z decyzją się pośpieszyć, bo ten świat szybko ulega wielkiemu szaleństwu, staje się jednym wielkim łagrem, w którym wytrwają tylko najsilniejsi - duchowo ożywieni, trwający w bliskiej zażyłości ze swym umiłowanym Bogiem.

 

Święty Serafinie módl się, wstawiaj się za nami. Obyś Panie Boże Wszechmogący poradził sobie i z nami.  

 

Amen.

<><

Jak Feliks Rapagnano, analfabeta i  nieudacznik stał się świętym Serafinem z Montegranaro. Patron dnia 12 października.

12 października 2021
Rozpoznanie prawdy o sobie, by żyć świadomie i otrzymać uwolnienie od złych skłonności.

Z miłości do szukających Prawdy przy­chodzę, aby ponownie pokazać, czym faktycznie Prawda jest i co Ona oznacza, bowiem zapomniano

o tym.   Ja jestem Prawdą, a Prawda jest Miłością. Miłością Nieskończoną, Miłością Najwyższą, Miłością Wieczną.    (PŻwB 9.04.88)