"Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane.     Utrzymujemy tę witrynę z własnych środków bez czerpania korzyści (nie zawiera reklam), a służyć ma ona powszechnemu dobru. Prosimy więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystaliśmy czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszamy, prosimy o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a  usuniemy. Również w razie zauważenia błędów i niejasności, których wykluczyć nie możemy pomimo wszelkich starań, by była tu jedynie Boża Prawda.  

 Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzymy. Z darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.  

Strony mogą zawierać pliki cookies.                                                                                                                                      br.stanislaw@gmail.com

 

DEO   OMNIA  GLORIA

 

ET  BEATISSIMAE  VIRGINIS  MARIAE

 

 

 

Gorliwość i ufność

 

O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Pan Bóg nie uczyni niczego, jeśli nie objawi swego zamiaru sługom swym...   Am 3,7

 

 

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

Barbarzyństwo dzisiejszych ludzi polega na tym,

że niczego nie chcą zgłębić, a po wszystkim się prześliznąć -

co gorsza w poczuciu zadowolenia  z siebie

i posiadania pełnego rozeznania.

 

       A. Lenczewska (Słowo pouczenia 182)  

 

 

 Wstęp uprzedzający nieżyczliwe komentarze niedowiarków.

 

   Obecnie duch naturalizmu i racjonalizmu, który opanował ludzkie umysły i zajął miejsce prawdziwej duchowości  nie pozwala nawet wierzącym w Boga uwierzyć w jakąkolwiek nadprzyrodzoność. Ten zły duch błędu, fałszu i kłamstwa kpi sobie z ludzkiej inteligencji, bo nie sposób uznać za mądrość czyjeś przekonanie że to, czego nie można zobaczyć, dotknąć, zmierzyć, zrozumieć – tego nie ma, nie istnieje i istnieć nie może. Nie zatwardzajmy się w swoich uprzedzeniach i przekonaniach, nie uzyskanych przecież na skutek umiłowania i poszukiwania prawdy. Wystarczy tylko z dobrą wolą, z dobrym nastawieniem przyjrzeć się dostępnym faktom.  "Cud nad Wisłą" bowiem to nie przenośnia, to nie chciana i negowana czysta prawda.  Nie będzie to jedynie zaspokojenie ciekawości; z rozważania nad tym zagadnieniem można odnieść dla siebie korzyść nie do przecenienia. Nadchodzą bowiem czasy o wiele trudniejsze, czasy załamania światowej  gospodarki, czasy wojny, głodu, chorób i kataklizmów.  Mówią o tym wszelkie znaki na niebie i na ziemi. Uciekanie od tego myślami nie jest mądrością a głupotą. Potrzeba bowiem pilnie zadbać o wzmocnienie swojej wiary, gdyż wiara pozwala trwać w pokoju, a nawet radości niezależnie od zewnętrznych uwarunkowań. Potrzeba rozwiać swoje wątpliwości wzbudzane przez ten drwiący sobie z Boga świat (ale czas ten już dobiega końca).  Jeżeli bowiem był to rzeczywisty cud, to i istnieje troszczący się o nas Bóg.  A zatem istnieje Niebo i piekło. Jak bardzo jednak dziś zobojętnieliśmy na własny wieczny los. To dlatego, że  ulegamy temu zepsutemu światu i bezkrytycznie przyjmujemy za własne fałszywe jego "wartości". Zagonieni za ich osiągnięciem, psychicznie już nie wytrzymujemy, przekracza to bowiem nasze kompetencje i możliwości, by być zawsze na fali, odnosić same życiowe sukcesy,  być wiecznie młodym, pięknym, lubianym, cenionym, podziwianym, wychwalanym, wyróżnianym, bogatym, kochanym itp.  Aby ratować swoją psychikę korzystamy z ofert tego świata, czyli z wszelkich środków służących otumanieniu naszej świadomości. Przez to jednak szybko wpadamy na tysiące sposobów w przeróżne uzależnienia, zniewolenia, manie, holizmy i kłamstwa (w tym w samooszukiwanie się). Psychiczne załamania i depresje stały się dziś prawdziwą pandemią. Potrzeba nam na to skutecznego antidotum, którego jednak świat nam nie potrafi zaoferować. A to takie proste i w zasięgu możliwości każdego zdrowego na umyśle człowieka - tyle że wyśmiewane przez ten świat.

 

Kto więc bez uprzedzeń zagłębi się choćby w temat „Cudu nad Wisłą”, rozważy go, ma dużą szansę, że wzrośnie jego wiara, nadzieja i miłość. A niczego innego bardziej, jak tych właśnie cnót każdemu z nas dzisiaj potrzeba, by wzmocnić swoją psychikę, by móc skutecznie przeciwstawiać się nie tylko zewnętrznym uwarunkowaniom stanowiącym dla nas zagrożenie, ale także atakom własnych uczuć (szczególnie strachu), zmysłów ciała,  ale także by oczyścić własnego ducha z brudów i zranień wpływających na podejmowane decyzje. Bo i zagrożenie duchowe jest dla nas obecnie o wiele większe niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Wszak wraz z tak spektakularnym postępem naukowym i technologicznym, wraz ze wzrostem komfortu życia wzrasta nasz egocentryzm i pycha (intelektualna jak i duchowa). A te tak zaślepiają umysł i zatwardzają serca, że często nie jesteśmy już nawet w stanie zdobyć się na perspektywiczne myślenie i rozważenie tego, co jest tak negowane, wyśmiewane, co jest w świecie tematem tabu:  co ze mną będzie, jeżeli jednak wieczne piekło istnieje? Nie myślenie o tym nie jest pozytywnym myśleniem (jak wmawia nam świat), a ludzką głupotą.

 

 Jeśli ktoś już uległ kłamstwom ducha tego świata i nie potrafi zrozumieć i otworzyć się na tak wspaniałą, niepojętą dla naszego umysłu, a tak powszechnie już zlekceważoną i odrzuconą czynną miłość Bożą (przejawiającą się choćby w tym tak spektakularnym cudzie nad Wisłą), to przecież nie mając stu procentowej pewności, że piekło nie istnieje, warto poświęcić trochę czasu, by rozważyć jaka jest Prawda o grożącej  nam „śmierci” wiecznej – jaką nazwane jest jak najbardziej w pełni świadome przebywanie w wiecznym potępieniu i nieustannym udręczeniu, w beznadziei zmiany swojego straszliwego losu. I to bez możliwości otumanienia swojej świadomości jakimiś środkami – tak chętnie i powszechnie stosowanymi obecnie przez ludzi słabych duchowo i psychicznie.

 

Szukając prawdy o "Cudzie nad Wisłą" w 101 jego rocznicę, specjalnie w temat się nie zagłębiałem. Materiały na które natrafiłem są powszechnie dostępne. Przytoczone tu zostaną między innymi fragmenty z książki ks. dr. Józefa Bartnika "Matka Boża Zwycięska", jak również głównodowodzącego wojskami Polskimi marszałka Józefa Piłsudskiego (Pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, tom VII Rok 1920). Z relacji samego Józefa Piłsudskiego, który w tych dniach osobiście objeżdżał rozlokowane wojska Polskie wynika, że nie było to jakieś spektakularne zwycięstwo pełnych poświęcenia (a w związku z tym i dużych strat) wojsk Polskich, a bardziej poszukiwanie nieprzyjaciela z niewiadomych powodów uciekającego we wszystkich kierunkach w popłochu i bezwładzie.

 

Wprowadzenie w sytuację.

 

W roku 1920 niestety ziszczała się przestroga Matki Bożej z Fatimy (1917), wszak dotąd Rosja nie została przez kościół Jej poświęcona. A był to warunek Jej nadzwyczajnej interwencji. Co mogłaby uczynić ukazuje właśnie wyproszony przez Polaków (co prawda z trwogi lecz przecież jeszcze dzięki wierze), jakże spektakularny "Cud nad Wisłą".  Czy nie interesując się tym tematem, zaprzeczając mu, możemy być Bogu i Maryi wdzięczni? A przecież od wdzięczności tak wiele dalszych łask Bożych zależy...

Oto zgodnie z proroctwem Maryi zwycięscy ideolodzy komunistyczni w Rosji dążąc do podoju państw europejskich i przekształcenia ich w republiki sowieckie ruszyli na zachód. Mieli realne szanse, wszak wówczas we wszystkich krajach europejskich działały sprzyjające im partie komunistyczne z dziesiątkami tysięcy członków i sympatyków.

Na drodze na zachód bezbożnego i barbarzyńskiego komunizmu stała dopiero co odrodzona Rzeczpospolita Polska. Wojna polsko-bolszewicka wybuchła już w marcu 1919 roku. Lecz od maja 1920 roku Polskie wojska ponosiły same klęski i na całym froncie wycofywały się. W tej sytuacji głównodowodzący marszałek Józef Piłsudski rozkazał przegrupowanie wycofujących się wojsk na południowy wschód od Warszawy (Dęblin, Puławy, Lublin). Zamierzał skoncentrować rozproszone siły z zamiarem silnego uderzenia nimi od południa na obleganą przez wojska sowieckie na wschód od Wisły Warszawę.

Komuniści jednak byli już tak pewni zwycięstwa, że ustalili datę zaatakowania i zajęcia stolicy na 15 sierpnia. W Wyszkowie czekał już na przejęcie władzy w Polsce tymczasowy rząd. Józef Piłsudski zamierzał zaatakować Rosjan dopiero 16 sierpnia.

 

Tymczasem…

 

"Warszawa była praktycznie bezbronna. Wszyscy zdolni do walki mężczyźni na mocy dekretu o powszechnej mobilizacji już od miesięcy przebywali na froncie. Stolicy mieli bronić ochotnicy, gimnazjaliści, podrostki, dla których karabin często był przekraczającym ich siły ciężarem, i starzy weterani z powodu wieku". (JB)

 

Do nie zajętych jeszcze przez komunistów terenów docierały przerażające wiadomości o  grabieżach, gwałtach i mordach, jakich dopuszczali się rosyjscy żołnierze. W tej przerażającej sytuacji naród Polski podjął wielką akcję modlitewną. I tak 19 czerwca 1920 roku na Rynku Starego Miasta w obecności Naczelnika Państwa oraz władz kościelnych i państwowych Polska została zawierzona Najświętszemu Sercu Jezusowemu. W lipcu Konferencja Episkopatu Polski ponownie zawierzyła Polskę Sercu Jezusowemu i ogłosiła Maryję Królową Polski. Rozpoczęto wielką modlitewną krucjatę, biskupi zainicjowali ogólnopolską nowennę za Ojczyznę, która rozpoczęła się 6 sierpnia w uroczystość Przemieniania Pańskiego, a zakończyć się miała właśnie 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Mary Panny. We wszystkich świątyniach Warszawy trwały nieustające modlitwy, odprawiano Msze święte, w których bardzo licznie uczestniczyli wierni nie będący pod bronią. Trwały modlitwy na Jasnej Górze, gdzie tak wielu zebrało się ludzi, że przeniesiono je z bazyliki na błonia.

Do tej wielkiej krucjaty modlitewnej dołączył się również papież Benedykt XV, który na początku sierpnia skierował przesłanie do wszystkich biskupów świata „O zmiłowanie Boga nad nieszczęsną Polską”. Papież wzywał do modlitwy o zwycięstwo nad bolszewikami przypominając, że jest to nie tylko wojna sprawiedliwa, ale przede wszystkim sprawa chrześcijańska, bowiem walczący w niej polscy żołnierze bronią Europy przed wrogami Chrześcijaństwa.

 

Przez wieki Polska była tarczą Europy przeciw inwazji azjatyckiej. W żadnym jednak momencie historii niebezpieczeństwo totalnego zniewolenia nie było tak groźne jak tym razem. Modlitwy zaś składane przez ręce Maryi, Patronki Stolicy i Królowej Polski, nigdy nie były tak gorące. W obliczu nadciągającego nieszczęścia modlono się dosłownie wszędzie, nie tylko w kościołach, które nie mogły pomieścić wszystkich wiernych, choć otwarte były całą dobę. Od Starówki, siedziby Matki Bożej Łaskawej – Patronki Warszawy, aż do kościoła Świętego Krzyża tłum trwał na modlitwie, dzień i noc wzywając pomocy swojej Patronki i Królowej. Przed figurą Najświętszej Panny znajdującej się na otwartej przestrzeni Krakowskiego Przedmieścia czuwano i modlono się bez przerwy. Przypominano Łaskawej Patronce Stolicy, że już raz złamała strzały Bożego gniewu i uratowała Warszawę przed czarną zarazą (epidemia cholery). Błagano, by zechciała uratować swój lud i swoje królestwo. Błagano, by zechciała zdusić czerwoną zarazę i zapobiegła rozniesieniu się krwawego bolszewickiego terroru, nie tylko w naszej Ojczyźnie, ale i w Europie. Zdawano sobie sprawę z grozy sytuacji. Docierały do Warszawy przerażające wiadomości o tym, jak bolszewicy rozprawiali się z inteligencją i osobami duchownymi na zajmowanych ziemiach  i tym żarliwiej błagano o cud. Tylko cud, tylko interwencja Niebios mogła powstrzymać ten nieubłagany, trwający od miesięcy zwycięski pochód Armii Czerwonej przez nasz kraj – w drodze na Zachód.

Nie tylko Warszawa, ale cala Polska modli się o ratunek. Na Jasnej Górze Episkopat Polski wraz z tysiącami wiernych śle błagania do Królowej Polski. Nie ma świątyni, w której by nie odprawiano wielogodzinnych nabożeństw błagalnych, a wszystko w atmosferze zawierzenia losów bolszewicko-polskiej wojny naszej Pani i Królowej." (JB)

 

Po drugiej stronie frontu

 

"W sierpniu 1920 roku stojąca u wrót stolicy Armia Czerwona miała wielokrotną liczebną przewagę nad naszymi siłami. Bolszewicy byli absolutnie pewni zwycięstwa – ustalili nawet datę zajęcia stolicy i przejęcia władzy w Polsce na 15 sierpnia. W Wyszkowie czekał już tymczasowy rząd z Konem, Dzierżyńskim i Marchlewskim na czele. W Warszawie bolszewickich „wyzwolicieli” oczekiwała komunistyczna V kolumna, 40-tysieczna rzesza robotników, mająca godnie przywitać swoich „oswobodzicieli” i wraz z nimi roznieść w pył (czytaj: wymordować) warszawskich „burżujów i krwiopijców”". (JB)

 

Przed wschodem słońca 15 sierpnia...

 

"Modlitwa tysięcy zjednoczonych serc wyprasza cud – prawdziwy cud – ukazanie się Najświętszej Dziewicy.

Matka Boża ukazuje się w postaci Matki Łaskawej – Patronki Warszawy. Jest przecież z woli magistratu i ludu miasta tego Patronką – Tarczą i Obroną od 1652 roku. (...)

Matka Łaskawa pojawia się na niebie przed świtem; monumentalna postać, wypełniająca swoją Osobą całe ciemne jeszcze niebo. Ukazuje się odziana w szeroki, rozwiany płaszcz, którym osłania stolicę. Zjawia się w otoczeniu husarii, polskiego zwycięskiego wojska, które pod Wiedniem z hasłem „W imię Maryi” rozegnało pogańskie watahy. Matka Boża trzyma w swych dłoniach jakby tarcze, którymi osłania miasto Jej pieczy powierzone.

 

Postać Matki Bożej była widziana przez dziesiątki, lepiej powiedzieć: setki bolszewików atakujących polskie oddziały w bitwie o dostęp do stolicy. To pojawienie się na niebie wywołało wśród sołdatów strach, przerażenie i panikę, której nie sposób opisać. Naoczni świadkowie wydarzenia, zahartowani w boju, niebojący się ani Boga, ani ludzi, programowi ateiści, na widok postaci Maryi, groźnej „jak zbrojne zastępy”, rzucali broń, porzucali działa, tabor, aby w nieopisanym popłochu, na oślep, pieszo i konno, salwować się ucieczką. Przerażenie, jakie wywołało ujrzane zjawisko, i paniczny strach były tak silne, że nikt nie myślał o konsekwencjach ucieczki z pola walki – karze śmierci dla dezerterów. Uciekinierzy poczuli się bezpieczni dopiero w okolicach Wyszkowa i stąd – od ich słuchaczy – pochodzą pierwsze relacje o tym wstrząsającym wydarzeniu". (JB)

 

„Bolszewiccy jeńcy wzięci do niewoli opowiadali, że podczas nocnego ataku Polaków na Wólkę nagle zjawiła się przed nimi, unosząc się wysoko nad ziemią Matier Bożja! Mówili, że niespodziewanie ujrzeli na ciemnym niebie ogromną, potężną i pełną mocy kobiecą postać, od której biło światło. Nie był to ani duch, ani zjawa! Bolszewicy wyraźnie widzieli Świętą Postać jako żywą osobę! Wokół jej głowy jaśniała świetlista aureola, w jednej dłoni coś trzymała, jakby tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski (...) Wyraźnie widzieli jak poły Jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę.

Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej Osoby. Towarzyszyły jej oddziały o przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy, zakutych w pobłyskujące mimo ciemności, stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej gotowały się do walki". ( )

 

"Trudno się dziwić, że na ten widok bolszewicy nie zdzierżyli i rzucili się do szaleńczej ucieczki. Nieziemska Osoba wyglądała groźnie, a oddziały skrzydlatych rycerzy stanowiły tak realne zagrożenie, że śmiertelnie przerażeni krasnoarmiejcy w nieopisanej panice rejterowali z pola walki, tak szybko, że nie sposób było ich dogonić!

Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich – mieszkańców wsi, do których dotarli oszaleli z grozy bolszewicy, szukający jakiegokolwiek schronienia. Uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając, że ratują się ucieczką przed Carycą – Matier Bożju!".

 

 

 

 

"Ksiądz Wiesław Wiśniewski przekazał nam wspomnienie swego pradziadka Bolesława, mieszkańca wsi Zambrów: Około 20 sierpnia wycofujący się w rozsypce bolszewicy mówili, że do Warszawy szło się im dobrze, jednak miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli (uwiedieli) nad Stolicą Matkę Bożą i … nie mogli z Nią walczyć! Mówili też, że pod Warszawą KTOŚ zabrał im zdolność dowodzenia i chęć do walki…

Podobne świadectwa dawali krasnoarmiejcy również w innych miejscowościach wschodniej Polski. Nie trudno odgadnąć, kto mógł – nie ziemi radzymińskiej, ziemi wybranej i umiłowanej przez Maryję – pozbawić nieustraszonych dotąd bolszewików zdolności dowodzenia i chęci do walki. Tym kimś mogła być jedynie, i rzeczywiście była Custos Poloniae – Strażniczka Polski, Najświętsza Maryja, Matka Łaskawa!”     (JB)

 

Trzeba podkreślić, że Matkę Bożą widziały jedynie żołnierze rosyjscy.  Polacy tego nie widzieli. Poniżej pośrednio potwierdzające "Cud nad Wisłą" fragmenty wspomnień Józefa Piłsudskiego (który w tym czasie objeżdżał samochodem polskie oddziały) zaczerpnięte z książki "Pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937, tom VII Rok 1920)  

 

"Dnia 16-go rozpocząłem atak, o ile w ogóle atakiem nazwać to można. Lekki i bardzo łatwy bój prowadziła przy wyjściu tylko 21-sza dywizja, (…) Inne dywizje szły prawie bez kontaktu z nieprzyjacielem, gdyż nieznacznych potyczek w tym czy innymi miejscu z jakiemiś małymi grupkami, które natychmiast po zetknięciu się z nimi rozpraszały się i uciekały, kontaktem nazwaćbym się nie ośmielił. Cały dzień spędziłem w samochodzie głównie przy 14-ej lewoskrzydłowej dywizji, zbierając ciągle dane i wrażenia swoje oraz mych podwładnych. Nie mogę nie powiedzieć, że tego dnia wieczorem, gdy wszystkie już dywizje przebiegły po dobrych trzydzieści kilka kilometrów ku północy, główną zagadką, którą chciałem sobie rozstrzygnąć, była tajemnica tak zwanej mozyrskiej grupy. Właściwie nie było jej wcale, oprócz 57-ej dywizji; lecz taki wynik rozumowań przeczył najzupełniej dotychczasowym przez miesiąc cały wykuwanym z dnia na dzień wrażeniom, jakie posiadałem. Przecież była to jakaś apokaliptyczna bestia, przed którą cofały się przez miesiąc liczne dywizje. Wydawało mi się, że śnię. Jako wynik, do którego doszedłem, był pogląd, że czeka mnie gdzieś jakaś zasadzka. Lewo-skrzydłowa 14-ta dywizja, minąwszy swobodnie Garwolin, już od południa właściwie weszła w sferę działania lewego skrzydła 16-ej armii sowieckiej, atakującej Warszawę. Miałem bowiem wiadomość, że pod Górą Kalwaria miała ta armia forsować Wisłę, a od Karczewa i Wiązowny, o których pisały depesze, że są atakowane, straże przednie 14-ej dywizji stanęły dn. 16-go o niecałe 20 czy 25 kilometrów. A nieprzyjaciela nie było! Kazałem wieczorem całej 2-ej dywizji legionowej, oswobodzonej od zadania, skupić się natychmiast w Dęblinie i być jakąś rezerwą przy tylu tajemnicach, grożacych zewsząd jakimiś zasadzkami. Gdzieś jednak musiała być mozyrska, dotąd zwycięska grupa, gdzieś także 16-ta armia, atakująca Warszawę.

Dzień 17-go sierpnia nie przyniósł mi żadnego wyjaśnienia tych zagadek. Szukałem go teraz na prawym skrzydle. Spędziłem znowu dzień cały w samochodzie, szukając śladów tajemnicy i choć pozoru zasadzek. Dobrze po południu zastałem w Łukowie dowódcę 21-ej dywizji wraz z jego sztabem, festynującego wesoło po tak wspaniałym marszu. Gdy dowódcy brygad i niektórych pułków mnie otoczyli przy stole, wszyscy w jeden głos twierdzili, że właściwie nieprzyjaciela nie ma i z zapałem mi opowiadali, jak cała ludność spieszy im z pomocą. (…) Gdym pod wieczór wracał ku zachodowi po pięknej szosie od Łukowa w stronę Garwolina i minąłem okolice Zelechowa, gdzie spotkałem tyły 16-ej dywizji, idącej na Kałuszyn, wydawało mi się, że jestem gdzieś we śnie, w świecie zaczarowanej bajki. Nie rozumiałem właściwie, gdzie jest sen, a gdzie prawda. Czy śniłem wtedy, gdy jakaś zmora dusiła mnie jeszcze tak niedawno swą nieprzepartą siłą ustawicznego ruchu, zbliżającego potworne łapy do śmiertelnego ścisku gardła, czy śnię teraz, gdy pięć dywizyi swobodnie i bez oporu przebiega śmiało te same przestrzenie, które jeszcze tak niedawno w śmiertelnej trwodze odwrotu oddawały nieprzyjacielowi? Pomimo, iż sen mógł być radosny, nie mógł się wydawać wtedy realnym. Miesiąc cały sugestii, sugestii przemocy, nie chciał mijać. Sen radości nie mógł być realnym. Pod tymi wrażeniami przyjechałem wieczorem do Garwolina. Pamiętam, jak dziś, tę chwilę, gdy pijąc herbatę obok przygotowanego do snu łóżka, zerwałem się na równe nogi, gdym wreszcie usłyszał odgłos życia, odgłos realności, głuchy grzmot armat, dolatujący gdzieś z północy. (…)

Dn. 18-go, gdym rano zerwał się ze snu, armaty już nie grały; była zupełna cisza. Zdecydowałem się zaraz pojechać sprawdzić sytuację. Nigdy nie zapomnę dziwnego wrażenia, gdym bez żadnych przeszkód przyjechał do Kołbieli i zastał w dworku przy szosie tylko tyły 14-ej dywizji i wiadomość o tym, że dywizja ta bój w nocy toczyła i ruszyła pospiesznym marszem już do Mińska, by zgodnie z moim rozkazem być o świcie trzeciego dnia na szosie brzeskiej. Gdzież więc jest 16-ta armia? Gdym jechał do Mińska, świadczyły o niej armaty zostawione bez zaprzęgów i bez obsługi w polu, świadczyły o niej dość liczne trupy ludzi i koni obok szosy, świadczyła wreszcie ludność, która z zachwytem opowiadała mi, zatrzymując auto, gdy mnie poznawano, że «bolszewiki» uciekały w bezładzie i w popłochu w różne strony. Wielu z opowiadających uważało moją podróż za mało bezpieczną, gdy w okolicy tak dużo rozsypanych i rozproszonych czerwonych kozaków. W Mińsku zastałem 14-tą dywizję, skoncentrowaną wraz z 15-ym pułkiem ułanów. Wszystkie dane, które zaraz ściągnąłem o ubiegłym boju, mówiły, że 14-ta dywizja spotkała się z przeciwdziałaniem najbardziej południowych dywizyj sowieckiej 16-ej armii (8-ej i 10-ej). Dywizja nasza, poniósłszy względnie niewielkie straty, bo nie przekraczające 200 ludzi, opór złamała i była świadkiem jakiejś popłochowej ucieczki. Dowiedziałem się też, że zgodnie z moim poprzednim rozkazem część załogi warszawskiej, mianowicie dywizja 15-ta, uderzyła wzdłuż szosy Warszawa-Mińsk i że obecnie stoi w niedalekich Dębach Wielkich. W Dębach Wielkich zastalem 15-tą dywizję skoncentrowaną i mającą najzabawniejszy w świecie rozkład bojowy. Po obu stronach szosy stały baterie, jedne zwrócone ku północy, inne ku południowi. W dowództwie dywizji wyjaśniono mi, że jest to koniecznym, gdyż właściwie nieprzyjaciel, wycofujący się pospiesznie z pod Warszawy jest wszędzie - i na północy i na południu. Zapowiedziałem dywizji przyłączenie do 4-tej naszej armii i kazałem przygotować się do wymarszu na północ, by forsować Bug, za którym spodziewałem się znaleźć opór..." (JP)

 

"Można ubolewać, że fakt cudownej interwencji, łaskawej pomocy Matki Niebieskiej, fakt oczywisty, znany i przyjmowany przez ludzi, a relacjonowany przez dorosłych, żołnierzy, konsekwentnie przemilczano zarówno w przedwojennej Polsce, jak i później, w czasach rządów komunistycznych. Niestety, również i teraz fakt ten jest pomijany milczeniem, choć z zupełnie innych przyczyn. W sanacyjnej Polsce oficjalnie podawana przyczyna Cudu nad Wisłą, czyli nagłego odwrotu zwycięskiej (do tej pory) Armii Czerwonej spod bram Warszawy, był tylko geniusz Marszałka Piłsudskiego. Z kolei za rządów ateistycznych w komunistycznej Polsce nie do pomyślenia było nawet wspominanie o prawdziwym scenariuszu wydarzeń. Ukazanie się Matki Bożej widziane i relacjonowane przez naocznych świadków, sowieckich żołnierzy, było przez historyków reżimu zaszufladkowane jako przypadkowa gra świateł na niebie, pobożna maryjna legenda, wymysł grupki pobożnych pań, a najczęściej w oficjalnych przemówieniach komunistycznych władz – pomijane całkowitym milczeniem.

 

Po wielkim modlitewnym zrywie sierpnia 1920 r., na skutek wspomnianych uwarunkowań politycznych   Patronka Stolicy została zapomniana. Ufundowane przez polskie kobiety wotum dziękczynne przeznaczone dla Matki Bożej za uratowanie stolicy i Polski od okupacji bolszewickiej – złote berło i jabłko, zostało przekazane na Jasną Górę. Patronka Warszawy – Matka Łaskawa nie doczekała się od magistratu miasta i swojego ludu oficjalnego dowodu wdzięczności, dowodu pamięci. Propaganda władzy sanacyjnej udowadniała, że żadnego cudu, objawienia się Matki Bożej w Ossowie nie było, bo być nie mogło. Zwyciężył bolszewików swoim geniuszem militarnym Józef Piłsudski! Sam zaś Marszałek w słowach skierowanych do ks. kard. A. Kakowskiego powiedział: „Eminencjo, ja sam nie wiem, jak myśmy te wojnę wygrali” (sic!).

Mijają lata – zapomniana Matka Łaskawa na Świętojańskiej w ukryciu patronuje stolicy. (…) Wybucha druga wojna światowa. Mimo że miasto ma swoją Patronkę i wierną Opiekunkę, jednak w ferworze walk, konspiracji, koszmarze okupacji lud Warszawy nie pamięta o tym, nie szuka u swej Patronki pomocy. Nikt oficjalnie nie powierza Matce Bożej Łaskawej wojennych losów stolicy. Okupowana Warszawa wierzy w swój spryt, waleczność, ufność pokłada w filipinkach, butelkach z benzyną, niezawodnym orężu. TARCZA i OBRONA ludu warszawskiego, sprawdzona w ciężkich chwilach stolicy, Matka Najłaskawsza, wierna Przyjaciółka warszawian nie jest wzywana. Indywidualna modlitwa grupki wiernych na Świętojańskiej to wszystko. O ile w 1920 roku całe miasto chroniło się pod płaszcz łaskawej opieki swej Patronki, o tyle w 1939 i 1944 roku o Matce Bożej nie pamiętano czy też nie chciano pamiętać, nie wzywano jej skutecznej opieki nad miastem. Nie zawierzono Tarczy i Obronie ludu warszawskiego losów stolicy i jej mieszkańców, co gorsza – nie pamiętano o zawierzeniu Powstania Warszawskiego. (...) Uważam, że nadszedł czas, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na ten fakt i jego tragiczne skutki. Zaniedbanie to jest tym dziwniejsze, że Polska od wieków jest Maryjna, a dowody opieki Matki Bożej nad naszym Narodem i Ojczyzną, poczynając od obrony Częstochowy, a na Cudzie 1920 roku kończąc, są tak oczywiste i niosące ufność w Jej niezawodną nieustającą pomoc.

 

Konsekwencją braku zawierzenia losów stolicy tej od wieków niezawodnej Tarczy i Obronie – Matce Łaskawej, była totalna klęska Powstania Warszawskiego, wykrwawienie Narodu, śmierć najwartościowszych synów tego miasta i w konsekwencji całkowite zburzenie i spalenie stolicy Polski. Cóż, również i teraz historia się powtarza. Władze Warszawy usilują sobie radzić bez pomocy i wsparcia jej Patronki. W każdym urzędzie miejskim króluje komputer wraz z wizerunkiem syrenki – herbem stolicy. (...)”. (JB)

 

"Wszystko to, co od momentu odzyskania niepodległości w 1917 roku przeżywała Polska, przewidziała Opatrzność Boża. Na 48 lat przed opisywanymi wydarzeniami sama Najświętsza Dziewica przygotowywała lud swojego kraju nie tylko na odzyskanie upragnionej niepodległości, ale także na to, co dzisiaj nazywamy wojną bolszewicko-polską (nb. nigdy oficjalnie niewypowiedziana). W Wielki Piątek 1872 r. Matka Najświętsza przekazuje mistyczce Wandzie Nepomucenie Malczewskiej (obecnie kandydatce na ołtarze) następujące słowa: „Skoro Polska otrzyma niepodległość, to niezadługo powstaną dawni gnębiciele, aby ją zdusić. Ale moja młoda armia, w imię Moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę”.

Rok później, w Święto Wniebowzięcia, Matka Boża mówi: „Uroczystość dzisiejsza niezadługo stanie się świętem narodowym was, Polaków, bo w tym dniu odniesiecie świetne zwycięstwo nad wrogiem dążącym do waszej zagłady. To święto powinniście obchodzić ze szczególną okazałością”

(G. Augustynik, Miłość Boga i Ojczyzny w życiu i czynach świątobliwej Wandy Malczewskiej, wyd. VII, Arka, Wrocław 1998).

 

 

Zakończenie

Na bazie strachu przed pandemią, propagandy dobra "nowego ładu" i niemającego dotąd miejsca straszliwego kryzysu chrześcijaństwa, w tym rozszerzania się błędnych modernistycznych nauk, wezwań i wymagań realizujących cele rządców tego świata - oto wykluwa się nowy totalitaryzm (przez tak wielu jeszcze nie dostrzegany), stanowiący dla nas nieskończenie większe zagrożenie niż nawet sama śmierć ciała. Stawka jest obecnie o wiele większa niż to żObowiązuje nas miłowanie Boga bardziej, niż samych siebie.ycie, które i tak dobiegnie końca, a o które tak bardzo się lękamy, tak bardzo lekceważąc własną duszę -  siebie w swojej nieśmiertelnej  samoświadomości (której śmierć ciała już nie przerywa nawet na moment).  Niech te rozważania pomogą nam w  wyborach, jakie już musimy w swoim życiu dokonywać, a mogących mieć skutek na  własną wieczność. Niech uświadomią nam u kogo, w czym obecnie mamy ulokowaną naszą ufność!  Kościoły w tych dzisiejszych narastających zagrożeniach już nie zapełniają się, a wyludniają. Bóg-Człowiek Jezus Chrystus w Swym nieskończonym majestacie prawdziwie obecny w Tabernakulach jest tak lekceważony, jak nigdy dotąd.  Chrześcijanie tracą wiarę i pokładają nadzieję w ludzkich, jakże zawodnych środkach. A powołani zostaliśmy do ratowania świata środkami nadprzyrodzonymi, mocą Chrystusa, jako zdrowy personel tej psychiatrycznej kliniki, jaką stał się ten nasz świat.

Potrzeba nam przebudzenia, otrząśnięcia się, potrzeba zacząć myśleć samodzielnie wbrew modom, trendom, obyczajom..., wszelkiej  światowej poprawności.  Jest Biblijna zapowiedź, że tylko niewielka "Reszta" w tych czasach pozostanie Bogu wierna. Przynależenia do niej wszystkim czytelnikom życzę.

 

 

 

DEO OMNIA GLORIA ET BEATISSIMAE VIRGINIS MARIAE

 

br.st

 

"Cud nad Wisłą" - tak nazwano zwycięstwo Polaków w bitwie z bolszewikami  w sierpniu 1920 roku. Zgłębianie pytania: przenośnia to czy prawda?  

15 sierpnia 2021
Fragment obrazu "Cud nad Wisłą" Jerzego Kossaka

  W tych czasach wytycza się tak wiele dróg, łatwiejszych i przemierzanych przez wielu.  Prowadzą one jednak do spotkania ze Złym - ojcem kłamstwa. 

Droga Prawdy wyzwala z jego zniewoleń i wpływów, i prowadzi do spotkania z Osobą Boga Żywego.