O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

   W święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

 

 

    Coraz więcej ludzi na świecie ma obawy o istnienie tej naszej cywilizacji. Zmiany w przyrodzie, narastające anomalie i naturalne kataklizmy, coraz groźniejsze nieuleczalne choroby i epidemie, zagrożenie z kosmosu, świat stojący na krawędzi wojny i anarchii itp. wzbudzają myśli nawet o końcu ludzkości, o końcu świata. Wielu wierzących w Boga religijnych chrześcijan zastanawia się, czy te wszystkie narastające plagi są oznakami Bożych kar za upadek moralny ludzkości i niechęć do nawracania się. Zło dostrzega się szczególnie w legalnych masowych zabójstwach: aborcji i eutanazji,  w ideologii Gender, w LGBT, w związkach partnerskich, w  zapłodnieniach  in vitro itp.    

 

   I oto pojawiło się coś, co nazwano „pandemia koronawirusa", której szczyt przypadł akurat w same najważniejsze chrześcijańskie święta uniemożliwiając uczestnictwo w wielkopostnych przygotowaniach i w  uroczystościach Zmartwychwstania Pańskiego.

Mniejsza z tym, czy przyczyniła się do tego rzeczywista „pandemia”, czy też jedynie wyolbrzymiony przed nią strach (w kwietniu 2020 r. zmarło o 3079 mniej Polaków niż w kwietniu 2019 r.) powstały na skutek prześcigania się mediów w tworzeniu sensacji oraz poczynań rządzących nakładających nieproporcjonalnie większe obostrzenia na pragnących uczestniczyć w obrzędach, niż na inne dziedziny życia. W każdym razie biskupi, kapłani w znacznej większości ulegli tej atmosferze strachu, co tak głęboko wpłynęło na lud Boży, że nawet, gdy zniesiono obostrzenia, kościoły pozostały w dużej mierze opustoszałe. Strach przed wrogim Kościołowi światem wydaje się narastać pośród hierarchii. Kapłani podzieleni w rozumieniu tego, co się dzieje, raczej milczą na temat prześladowań (nieproporcjonalne i przesadne obostrzenia i wysokie kary) dotykające tych, którzy pragnęli uczestniczyć w życiu sakramentalnym, a szczególnie godnie uczestniczyć w Ofierze Mszy Świętej Jezusa Chrystusa rozumiejąc jej wagę dla losów Kościoła i świata.

 

 

 

    Czy z tego, co się wydarzyło wyciągamy jakieś wnioski?

 

  Są w zasadzie dwie możliwości wyjaśnienia przyczyn tego, że wirus zaatakował w tym najważniejszym okresie dla wszystkich Chrześcijan uniemożliwiając sprawowanie kultu.

  Pierwsza, że sprawiła to sama Boża Opatrzność. Ale w takim razie trzeba by zadać sobie pytanie: dlaczego Bóg mógłby tego chcieć? Czyżby  dopuszczając tę sytuację Pan nie chciał już w kościołach doznawać od nas katolików czci, hołdu, wdzięczności, uwielbienia, adoracji? A może tego mu nigdy nie dawaliśmy w należyty sposób, czyli tak jak oczekuje: w duchu i prawdzie?

  Druga możliwość, że mógł być to czysty przypadek, a Bóg nami za bardzo się nie interesuje i nie zajmuje, obraził się, zasnął albo wcale nie istnieje. Tak myślących  ani Prawda, ani rzeczywistość duchowa  nie interesuje, bo mają swoje przekonania oparte na fałszywej wierze w słuszność jedynie racjonalistycznego myślenia, a kościół nie daje przykładu, nie przyciąga heroiczną wiarą w nadprzyrodzoność i życie nią jego członków.    

 

 Jak więc świat ma uwierzyć w Emmanuela - Boga-Człowieka Obecnego z nami w Eucharystii, kiedy  zamiast spontanicznie lgnąć do Tego najdoskonalszego Lekarza dusz i ciał, i u Niego szukać pomocy (jak zawsze dotąd było w takich sytuacjach)  dobrowolnie lub ulegle  zamykano świątynie, ograniczano do nich dostęp, zniechęcano do przychodzenia przed Tabernakulum i na Eucharystię. Nawet, gdy obostrzenia zmniejszono, Katolicy w znacznej mierze już nie  przychodzą do swojego umiłowanego Boga, którego - jak zapewne sądzą - kochają zgodnie z Bożym przykazaniem: "z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił". Tymczasem właśnie w tym powszechnym uleganiu lękom uwidacznia się brak tej miłości wśród katolików. Wszak miłość nie lęka się śmierci, bo i po niej kochać nie tylko że się nie przestaje, co wręcz ofiarowanie, poświęcenie się potęguje miłość na wieczność. Żyjemy wszak na tej ziemi dla wzrastania w Bożej Miłości, a myśmy nie skorzystali z okazji, by się w niej doskonalić, by zdać życiowy egzamin zachodząc przynajmniej do osamotnionego Jezusa, kiedy kościoły pozostawały puste. Nie okazała się to jednak dla nas pierwsza potrzeba. Widać Miłość nie ma już dla nas bezcennej wartości, chociaż to z jej wielkości będziemy sądzeni.  Możemy tak coraz bardziej pogrążać się w błędnym sposobie myślenia, w samozakłamaniu, w nieprawości, albo uczynić z tego co się wydarzyło  stopnie do wejścia na wyżyny duchowe. A to dzięki refleksji, dobrej woli, aktom skruchy, zmianie sposobu myślenia i zapragnięciu wzrastania w Bożej Miłości - do czego tak naprawdę zostaliśmy powołani przez Boga z nicości do istnienia.     

 

  Tymczasem wygląda na to, że „głębiej” wierzący, zawodowo pobożni  uznając, że sami są wobec Boga w porządku modlą się jedynie o ustanie epidemii pragnąc wrócić do  „normalnego” życia.

Nie zastanawiamy się przy tym, na ile to nasze  „normalne” życie podoba się Bogu. Koniecznością wydaje się więc potraktować to, że szczyt epidemii przypadł w sam Wielki Post, w czasie dorocznych rekolekcji, nabożeństw  i  uroczystoci Świąt Wielkanocnych, jako znak czasu.  Chyba jednak już tak dalece Pan Bóg w świadomości wielu Chrześcijan stał się odległy (przez królujący w sposobie myślenia racjonalizm i naturalizm), że chyba już nie bardzo wierzymy, że w ogóle rozeznanie tego jest możliwe.  Wygląda też na to, że nie bardzo chcemy to rozeznać, by nie zniweczyć swojej pracy nad dobrą samooceną.  Wolimy więc pozostawać  nieświadomi, jakby ślepi i głusi. Również nie chcemy (lub nie potrafimy) zrezygnować ze swoich upodobań, które odczuwany jako złe. 

To wszystko sprawia, że podświadomie czujemy się winni, boimy się Bożego gniewu, Bożego ognia, Sądu. Gdyby nasza miłość doskonaliła się, to nie mielibyśmy tego strachu, psychicznego dyskomfortu, obaw przed poznaniem Prawdy o sobie i pojawiającej się chęci ucieczki od tego poznania.

 

  Kto choćby wszedł na drogę doskonalenia się w  Miłości (a mamy ku temu okazję), nie zna lęku. Pojawia się wówczas bowiem stałe pragnie podobania się Temu, kogo kochamy i wykorzystujemy każdą okazję, aby takim się stać. Nie zadawala nas wówczas wiara, że Bóg kocha mnie takiego jaki jestem, nie chcę Mu bowiem sprawiać bólu lecz radość. 

Problem jest zatem nie tylko w złym świecie, co również w nas "wyznających wartości chrześcijańskie". 

Jeżeli jednak teraz z tego nie wyciągniemy właściwych wniosków i nie naprawimy błędów  pozostając ślepi i głusi na znaki czasu, to na pewno okaże się, że następny „znak czasu” będzie naprawdę dla nas tragiczny. Bo Bóg oskarżany o nieczułość na zło na ziemi właśnie w tych obecnych pokoleniach je usunie. Po której okażemy się stronie?

 

  Chrześcijanie uznający  "wartości chrześcijańskie" i walczący o nie  sami siebie uważają za zasadniczo dobrych ludzi. To, co wydarzyło się tego roku akurat w czasie corocznych rekolekcji, spowiedzi, celebrowania Liturgii Triduum Paschialnego i Świąt Wielkanocnych jest niewątpliwie  dla nas znakiem od Boga, jest dla nas Prawdą, której mimo wszystko wciąż nie chcemy dostrzec, nie chcemy się dogłębnie przebadać i wyciągnąć wniosków. Może jednak Bóg ukazuje nam przez te wydarzenia to, że nie chce takiej naszej wiary i religijności? Czy przejęci byliśmy dotąd poznaniem oczekiwań Boga? Czy je znamy? 

Czy katolicy w związku z tym nie powinni zdobyć się na dobrą wolę i dogłębnie się przebadać? W tym celu trzeba postawić pod znakiem zapytania nasze przekonania. Największy chyba starożytny mędrzec Sokrates mawiał "Wiem, że nic nie wiem". Ta pokora kazała mu nieustannie szukać Prawdy, dzięki czemu zapewne został uznany za mędrca. I zdaje się, że bardziej wierzył w nadprzyrodzoność, niż większość z nas Chrześcijan.  

 

  Dzięki zaistniałej sytuacji uwidocznił się bowiem stan naszej  wiary w nadprzyrodzoność tzn. wiary w rzeczywistą Obecność Ciała i Krwi, Duszy i Bóstwa Jezusa Chrystusa w Eucharystii, w wielkość naszej miłości, w skuteczność Saktramentów i sakramentaliów.

 

  Trzeba samemu siebie zapytać, rozważyć, czy tak naprawdę próbowałem kiedyś rozeznać, jak Bóg mnie widzi, czy spełniam Jego oczekiwania, co czuje patrząc na mnie, na moje życie? Radość, ból, cierpienie, gniew?  Właściwą reakcją powinno być więc teraz uczciwe poszukanie Prawdy o sobie. I również w sobie samym dostrzec przyczynę tego stanu Kościoła i świata. Uświadomić sobie swoją własną winę, by móc żałując i wynagradzając za siebie i innych zmniejszyć niewątpliwy gniew Boży, do jakiego pobudza  swego Stworzyciela ludzkość okazując tak przerażającą  pogardę dla Jego Praw wpisanych przecież w nasze jestestwo.  

 

   Czy możliwe jest wierzyć w Boga ukrytego pod postacią chleba (żeby dać nam dostęp do Siebie, bo inaczej Jego nieskończony Majestat poraziłby nas; kto Go choć odrobinę doświadczył, ten wie) i jednocześnie lękać się, że możemy się zarazić zbliżając się do Niego i karmiąc Nim? Czy jest tu wiara, że  w Eucharystii Jezus jest najdoskonalszym Lekarzem, najwyższym Autorytetem, Królem królów, Któremu w pierwszej kolejności trzeba być posłusznym? Uwidacznia się też, kto naprawdę ma miłość, kto kocha Boga bardziej niż siebie samego, niż własne zdrowie i życie. Wszak miłość nie zna lęków.

Gdyby Pasterze mieli w sobie miłość i wiarę  w nadprzyrodzoność, nie przestawali by mówić o tej Miłości, sami dawali by jej przykład, by owieczki wzrastając w wierze i miłości przezwyciężyły własne lęki i podjęły się wielkiej modlitwy i pokuty za ginący świat. Tymczasem mamy dyspensę, skupieni na sobie samych w lękach pozostajemy i pogrążamy.  

Dla wielu uwidoczniły się też pierwsze tak wyraźne oznaki działania na wielką skalę masonerii (również w Kościele) i zapowiadanego (choćby w Fatimie) powszechnego prześladowania Kościoła, którego szczytem będzie fizyczna eksterminacja katolików, prawowiernych hierarchów i zabójstwo Papieża.

 

 

 

Wiemy, że Trójjedyny Bóg oczekuje od swoich stworzeń, by oddawali Mu cześć w duchu i prawdzie.

 

Miriam z Nazaretu spontanicznie uwielbiała Boga słowami: "Wielbi dusza Moja Pana i raduje się duch mój w Bogu Zbawcy Moim".

Gdy nie tyle wargami, co w duchu oddajemy swemu Bogu cześć, staje się dla nas Żywy, realny,  bliski, obecny (jakąż czcią jesteśmy przejęci, gdy mamy świadomość Bożej obecności w sobie), widzący i odczuwający wszystko, działający w naszym życiu...  Jak można wówczas w tej niewysłowionej radości lękać się swej miłości?

Bez tego osobistego doświadczenia i poznania Boga, mamy o Nim tylko jakieś mgliste wyobrażenia. Wówczas w tak powszechnie uwidaczniającym się formalizmie religijnym szukamy u Niego głównie  własnego samozadowolenia, usiłujemy wręcz przekupić czy przekonać Boga wypowiedzianą formułką modlitewną, by sprzyjał naszym pomysłom na życie i zachciankom, dawał nam zawsze zdrowie i pomagał w powodzeniu, w lepszym ustawieniu się w tym życiu, w osiąganiu życiowych sukcesów – którymi jest nie co innego, jak wyniesienie się nad innych.

 

A może jednak trzeba zastanowić się, czy nie mają racji ci, którzy głoszą, że kult Boga w Kościele katolickim zostaje coraz bardziej w tej wciąż ewoluującej cichcem posoborowej Liturgii zastępowany kultem człowieka? Może potrzeba przywrócić w swojej świadomości godność i szacunek Bogu obecnemu w świątyniach zamienianych na sale koncertowe czy muzea dla turystów? I na miejsce tronów dla człowieka, w centrum świątyń  na powrót wstawić Tabernakulum i aby Kapłani odwrócili się przodem do Boga w nim obecnego - jak zachęcał usilnie Papież Benedykt XVI i czyni to watykański prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów kard. Sarah.  Może trzeba prawdziwej odnowy, bo oto dokonuje się zapowiadana "ohyda spustoszenia". Jest nią Msza święta nie będąca już urzeczywistnieniem Ofiary Golgoty podczas której Jezus Chrystus Arcykapłan i jednocześnie doskonała Ofiara sam siebie przy pomocy urzędowego Kapłana składa w ofierze Bogu Ojcu, by nieustannie wynagradzać doskonałej Sprawiedliwości za bunt ludzkości. Msza święta staje się coraz bardziej w świadomości katolików jedynie symboliczną braterską ucztą, pamiątką ostatniej wieczerzy. To myślenie na sposób ludzki, racjonalistyczny, zastępuje myślenie według oczekiwań Boga tj. na sposób duchowy. Obyśmy powrócili do oddawania  czci Bogu w duchu i prawdzie, oby do świątyń powróciła prawdziwa wiara, pobożność i bojaźń Boża, by w świadomości  powszechnego kapłaństwa wierni zachowywali się z prawdziwym namaszczeniem, w uniżeniu, czcią przejęci, i przychodzili w godnych strojach jak przystało na wizytę u Króla królów.

Tymczasem wygląda na to, że niszczenie poczucia sacrum przyśpiesza... ,a większość ulega tragicznym błędom, mnożą się świętokradztwa i profanacje. 

 

 

 

 

"Miłość Boga Ojca, łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będzie z wami wszystkimi". 

 

Tymi słowami Kapłan najczęściej rozpoczyna Ofiarę Eucharystyczną. Czy my jednak jesteśmy tym przejęci, bierzemy te słowa na poważnie czy traktujemy tylko jako formalizm?  

Zauważmy, czy we wspólnotach parafialnych czy w rodzinach chrześcijańskich wzrasta i panuje pokój, jedność, miłość?  Czy więc usilnie dążymy do braterstwa uczestnicząc w Liturgii Eucharystycznej, by rzeczywiście zaistniało pomiędzy nami Królestwo Boże? A przecież podczas każdej Mszy Świetej modlimy się „abyśmy stali się jednym ciałem i duszą w Chrystusie”, aby „Duch Święty zjednoczył nas wszystkich przyjmujących Ciało i Krew Chrystusa”. Ale czy sami tak naprawdę tego chcemy, na tym nam zależy, czy każdy sam nie oglądając się na drugiego pragnie się zmienić? Boga nie trzeba o to szczególnie błagać, On sam pragnie bardziej niż my nas uświęcić. Ale czeka na odruch naszego pragnienia, czeka na dobrą wolę. Bez nich modląc się jednocześnie sami czynimy się przeszkodą dla Ducha Świętego!

 

 Winny jest już ten, komu na tym nie zależy, kto skupiony jest wyłącznie na sobie i uzyskaniu od Boga jedynie tego, co sam potrzebuje, by jeszcze lepiej i zdrowiej się żyło, by zwyciężać w powszechnej rywalizacji.

Jeżeli idziemy przed Oblicze Boga winniśmy najpierw wspomnieć, czy ktoś ma coś przeciwko nam, czy sami w sercu pielęgnujemy urazy rozpamiętując krzywdy i chowamy nieprzebaczenie użalając się nas sobą za podszeptami złych duchów.

A tak jest, gdy wciąż zachowujemy do bliźnich zdystansowanie, niechęć, wrogość, nie mamy w sobie życzliwych myśli.  Jeżeli tak jest powinniśmy najpierw pojednać się ze swoim bliźnim, pozostając odtąd i na zawsze życzliwym i dobrze nastawionym (zob. Mt 5,25; Mk11,25). Jeżeli tego nie przestrzegamy, a przystępujemy do Komunii Świętej czynimy to niegodnie stając się "winnymi Ciała i Krwi Pańskiej" (zob.1Kor 11,27). I wówczas najczęściej nie przeszkadza nam przyjmowanie "na stojąco i do ręki" uważając, że postawa wewnętrzna jest najważniejsza. A takie tłumaczenie przeczy naszej naturze, bo z postawy wewnętrznej zawsze wynika postawa zewnętrzna. Taki jest człowiek, a tę zależność już dawno rozpoznali psychologowie. Są specjalne kursy  "Body language" (mowy ciała), uczą się jej policjanci, celnicy, biznesmeni, politycy...  To co w sercu człowieka zawsze ujawnia się na zewnątrz w mimice twarzy, gestach, postawie. Również na odwrót, postawa zewnętrzna zawsze wpływa na wnętrze człowieka. Zmuszanie do przyjmowania Komunii Świętej na stojąco i do ręki łamie sumienia, wzbudza tak wiele złych emocji po każdej stronie, że trzeba być pozbawionym Daru mądrości, by nie dostrzegać, że tego chce szatan, a nie Bóg. Ponadto jest to niezgodne z wielowiekowym Nauczaniem Kościoła, jak również z duchem Soboru Watykańskiego II. Wynika z wymuszania zmian wbrew Świętej Tradycji, którą również już się neguje. 

 

Czy po tych „znakach czasu” ukazujących, że Bóg nie chce takich naszych modłów i religijności zmienia się coś na lepsze w naszym sposobie myślenia, w naszych wzajemnych relacjach? Zmieniamy nasze podejście, dochodzi do prawdziwego pojednania, do wspólnego dążenia do Bożej Prawdy i zawiązania prawdziwej więzi miłości z każdym na to otwartym? Czy w ogóle jest we mnie Królestwo Boże, Królestwo Miłości, by mogło zaistnieć pomiędzy nami? Czy Kościół, wspólnota parafialna, rodzinna stają się Bożym Królestwem miłości?  Czy dążymy do tego? Czy bardziej dostrzegamy teraz prawdę w słowach, jakie z bólem wypowiedział Pan Jezus do jednego ze współczesnych mistyków: "Jesteście mniej zjednoczeni niż szczep małp"?

Czy doszliśmy już w swym życiu do tego, by samemu mieć dla wszystkich bez wyjątku, absolutnie niezależnie od tego co uczynili czy czego nie uczynili - życzliwe myśli, życzliwe spojrzenie, życzliwe słowo, gest, czyn? To cechy tych, którzy są Chrześcijanami nie tylko z nazwy, ale i w oczach Chrystusa.  

 

Czy może jednak wszystko w nas, we mnie, wciąż pozostaje „normalne”? Normalne czyli tworzę w swoim wnętrzu taki umysłowy trybunał, wciąż dla siebie będąc najlepszym adwokatem, a dla „winnych” zakłócenia mojego dobrego mniemania o sobie jestem prokuratorem i sędzią. Tak dalece jesteśmy przewrażliwieni na własnym punkcie, dbamy o siebie samych (a mieliśmy się siebie zaprzeć), że aby nie dopuścić do urażenia własnego „ego”, własnych uczuć,  osądzamy, potępiamy i skazujemy innych nawet bez sądu, bez dania choćby możliwości zajęcia stanowiska, wytłumaczenia się, obrony.  I stajemy się niemili, aroganccy, agresywni, przeklinamy, złorzeczymy, kpimy, obgadujemy, dopuszczamy się złośliwości, dystansujemy się, zrywamy kontakty… i wciąż się modlimy, spowiadamy i chodzimy do kościoła.  A skutek tego jest taki, że stajemy się z wiekiem coraz gorsi, coraz bardziej zgorzkniali, nieprzejednani, coraz trudniejsi we współżyciu.  Sami gorszymy, a  wszystkich wokół postrzegamy jako czegoś winnych. Możemy mieć już tak bardzo zatwardziałe serce, że nie jesteśmy już nawet zdolni do nawrócenia. I pomimo naszej religijności grozi nam piekło, w które dla ratowania siebie, tzn. swojego „ego” i uczuć – nie chcemy już nawet  wierzyć.

 

Bóg jednak daje mam ostatnią deskę ratunku. Jest nią  czas Bożego Miłosierdzia, który wszak już ustępować będzie również zapowiadanemu w Dzienniczku św. s. Faustyny czasowi straszliwej Bożej Sprawiedliwości. Nie możemy jednak uzyskać łaski Bożego Miłosierdzia bez prawdziwej skruchy. A nie ma skruchy tam, gdzie nie wyrzekamy się tego, co nas prowadzi do grzechu, nie ma skruchy tam, gdzie jest pragnienie grzechu. Problem mamy wielki, bo my nawet już nie bardzo wiemy, co jest grzechem i nie bardzo chcemy to poznać. Bóg nie skąpi Swego Światła pragnącym poznać Prawdę, daje go wręcz nadmiar dla oświetlenia naszego pragnienia przylgnięcia do Boga, pragnienia zażyłości z Sobą, by móc uczynić z nas "płonące pochodnie miłości". My jednak tego akurat nie chcemy, stąd nasze wzajemne oczekiwania się rozmijają. Bóg cierpi, daje znaki, przestrogi, czyni cuda Eucharystyczne, posyła Królowę Nieba i naszą Matkę w porządku łaski, płyną już z setek figur i obrazów krwawe łzy, wciąż posyła proroków dając nam przez nich Swoje orędzia, wezwania, błagania... A my w swoim racjonaliźmie pozostajemy głusi i ślepi. Ale za zło świata i własne nieszczęścia Boga często obwiniamy. Jego nieograniczoną pomoc otrzymujemy w sakramentaliach, ale my straciliśmy wiarę w ich rzeczywistą moc, stąd np. woda święcona wydaje się w świątyni zagrożeniem.

Pomoc otrzymujemy w Sakramentach. W Sakramencie pokuty, my natomiast chodzimy do spowiedzi nie uzyskując potężnej Łaski Sakramentu, bo  skrucha, bo wynagrodzenie za uczynione zło wydaje nam się rzeczą mało istotną. 

W Sakramencie Eucharystii, ale dla nas to tylko symbol i braterska uczta, z której na czas epidemii dla własnego i innych bezpieczeństwa trzeba zrezygnować. 

 

Co się zmienia na lepsze  w podejściu do Liturgii Eucharystycznej? Czy zapragnęliśmy poznania Prawdy, tzn. czego Pan oczekuje od nas, jakiej czci, jakiego podejścia? Czy Bóg doświadcza od nas „bezgranicznej czci”, czy padamy na kolana „czcią przejęci”, padamy na twarz przed Wszechmogącym Bógiem wierząc że jest rzeczywiście obecny pod osłoną chleba i wina… – tak jak śpiewamy choćby w znanej kolędzie? Czy słychać głosy wołające o pokutę, o prawdziwe nawrócenie według oczekiwań Bożych? A jakie są te oczekiwania? Jak Bóg nas widzi? Orędzi obecnie daje bardzo wiele, ale jesteśmy na nie ślepi i głusi. Czy tacy pozostaniemy? Oto kilka z nich.

Mówi Najwyższy i Wieczny Kapłan:

     

 

(...) Pokolenie, usunęliście Moją Stałą Ofiarę [Ofiara Eucharystyczna i Komunia Święta] z waszego wnętrza, bo utraciliście wiarę.

Ilu z was jest Mnie spragnionych? Bardzo niewielu przychodzi Mnie pić, chociaż możecie Mnie pić darmo. Kto Mnie łaknie? Darmo możecie Mnie otrzymać, zupełnie darmo. Jednak prawie nikt nie pragnie Mnie spożywać. Zło wykrzywiło wasze rozeznanie sprawiając, że wasz umysł fascynuje się pochłanianiem wszystkiego, co nie jest Mną. Szatan spowodował, że zamiast wchłaniać Moją Światłość, wchłaniacie jego ciemności. Zamiast stać się pięknymi i promienieją­cymi, straciliście blask. Zmarnieliście i jak uschłe gałęzie jesteście te­raz gotowi do odcięcia i wrzucenia w ogień na spalenie. (Por. Mt3,10;J15,6).

Nie bójcie się Mnie, Ja jestem Źródłem Życia. Ja jestem Drogą do Nieba, Ja jes­tem jedyną Prawdą prowadzącą was do dzielenia Mojej Chwały na Wieczność...”. 

(Prawdziwe Życie w Bogu; 60691)

*

 

Gdyby świat był miłosierny!... Świat posiadałby Boga, a to, co was dręczy, opadłoby jak zeschnięty liść. Ale świat, a na świecie szczególnie chrześcijanie, zastąpili Miłość Nienawiścią, Prawdę - Obłudą, Światło - Ciemnością, Boga - szatanem. I tam, gdzie Ja zasiałem Miłosierdzie i sprawiłem dzięki mojej Krwi, że urosło, szatan rozsiał swe udręki i wywołał ich wzrost swym piekielnym tchnieniem. Lecz nadejdzie czas jego porażki. Na razie jednak nadchodzi on, bo wy mu pomagacie. Błogosławieni jednak ci, którzy potrafią trwać w Prawdzie i pracować dla Prawdy. Ich miłosierdzie zostanie nagrodzone w Niebie.

 

*

 

Miłość do tego przemijającego świata jest bezwartościowa i nie może nic więcej przynieść jak tylko ciemność. (PŻwB110292)

 

*

 

(...) Patrzę na moje stado... Czy jest moje? Już nie. Byliście mo­imi małymi owieczkami, lecz porzuciliście pastwiska... Kiedy odeszliście, znaleźliście Demona, który was zwiódł, i już nie pamiętaliście, że za cenę Mojej Krwi zgromadziłem was i oca­liłem przed chcącymi was zabić wilkami i najemni­kami. Umar­łem dla was, aby dać wam Życie, pełne życie – takie jak to, które Ja mam w Ojcu. Wy jednak woleliście śmierć. Sta­nęliście pod znakiem Demona i on zamienił was w dzikie koz­ły. Nie mam już stada. Pasterz płacze. Pozostaje Mi kilka wier­nych owieczek...(...)

Sądzi się, że skrucha to sprawa niepotrzebna, miniona, nie­szkodliwa mania. Tymczasem tylko skrucha i miłość posia­dają wagę w oczach Boga – dla powstrzymania wydarzeń i dla zmiany ich przebiegu.

Bardziej potrzebujecie miłości niż chleba. (…) Gotowi jesteście rozszarpać się dla garści ziemi i dla oparu pychy. Tymczasem dla zdoby­cia i posiadania Miłości nic nie czynicie. Nie troszczycie się o to. Nędzne stworzenia, czy wiecie, co robicie lekceważąc Mi­łość? Tracicie Boga, Jego pomoc na ziemi, oglądanie Go w Nie­bie. Cóż powinienem uczynić, abyście pojęli, skoro nie wy­­starczają moje chłosty, skoro moje przejawy dobroci są da­remne? W jaki sposób powinienem zesłać Parakleta, pod jaką postacią, aby was ogarnął i ocalił? Ogniste języki kiedyś wy­starczyły biednym rybakom, surowym i niewykształconym, lecz kochającym. Dziś nawet gdyby kula ognia, niesiona szyb­kim wiatrem, zstąpiła na każdego z was w całości, w nowej Piędziesiątnicy, nie dzieląc się na języki, to jeszcze nie by­łoby dość, aby was rozpalić Bogiem. Musicie najpierw pozbyć się z waszej duszy fałszywych bogów. Wy jednak nie chcecie tego uczynić, bo przedkładacie ich ponad Mnie, Boga praw­dziwe­go. Będziecie straceni, jeśli nie dokona się cud. Zawróć­cie z drogi i módlcie się o Miłość.

(Koniec Czasów; M.Valtorta)

 

 *

 

Orędzia Matki Jezusa Chrystusa i Matki Kościoła (fragmenty):

 

Mój synu, nad światem właśnie zapadła noc. Jest to godzina ciemności, godzina szatana, chwila jego największego tryumfu.  (...) Ani w czasie Swego życia publicznego, ani w czasie procesu i straszliwego skazania Mój Syn Jezus nie był tak oczerniany. Całe Jego życie było tak jasne i czyste, że nawet przed Sanhedrynem nie znaleziono oskarżycieli. A teraz nastają na Jego czystość, rozpowszechniają bluźnierstwa tak straszne i szatańskie, że całe Niebo jest nimi wstrząśnięte i zaskoczone! Jak mogło do tego dojść? Przerażająca i nieuchronna nawałnica spadnie wkrótce na biedną ludzkość! (...)

Mój Kościół stał się czymś gorszym niż pustynia. Wy, Kapłani - których gromadzę w Moim Ruchu dla powstrzymania natarcia szatana - powinniście razem z Papieżem utworzyć potężną zaporę. Macie szerzyć jego słowa, bronić go. On bowiem będzie musiał nieść ciężki Krzyż w czasie największej w historii zawieruchy. Wy powinniście bronić zdeptanej czci Mojego Syna - waszym życiem, słowem i krwią. Na was spoczywa zadanie osądzenia i potępienia świata, bo bardziej niż kiedykolwiek znajduje się on w mocy Złego. (...) 

Do Kapłanów... ks. Gobbi 280873

 

 *

 

(...)  Duch Pana przychodzi jedynie do prostych i czystych sercem i napełnia ich Swymi Darami. (...)

Przez to Orędzie wzywa was do życia w Pokoju. Bóg wzywa was, On bowiem jest Ojcem. On wzywa was, abyście zmienili wasze życie i żyli w świętości.

 

Wzrastaj w Moim Niepokalanym Sercu, a Ja zaradzę wszystkim ranom twej duszy, abyś się stał Radością Jezusa, twego Zbawiciela i jutrzenką tego zamroczonego pokolenia. (...)

 

Przyjdź wzrastać w Moim Sercu; stań się sercem Mojego Serca. Zaczerpnij z Mojego Serca wszystkie Bogactwa, których udzieliła Mi Mądrość, abyś i ty również nauczył się kochać Ojca, Mojego Syna i Ducha Świętego. Tym sposobem staniesz się dzieckiem Matki Boga.

 

Przyjdź, przyjdź zaczerpnąć z Mojego Serca cnoty, jakie zostały Mi dane. One wszystkie są również dla ciebie, Moje dziecko. Ach! Pragnę, abyś był wspaniały dla Mojego Syna i miły Ojcu. Pragnę twej doskonałości dla Serca Emmanuela. Rozleję z Mojego Niepokalanego Serca na twoje serce, Moje dziecko, wszystkie Moje łaski, aby również twoje serce stało się ołtarzem dla Najwyższego, kadzielnicą wypełnioną płonącym kadzidłem, abyś i ty kroczył w Łasce i Wierności. Tajemnica Boga może zostać ujawniona jedynie sercom czystym. Jeśli Nasze Dwa Serca podążają niestrudzenie za grzesznikami, to dzieje się tak z powodu ogromu miłości, jaką mamy dla was wszystkich.

 

Ach! Jednak tak wielu spośród was wydaje się nie rozumieć lub nie troszczy się o to i ośmiesza Nasze Wezwania. Kiedy skończy się ten czas miłosierdzia, umarli nie powrócą do życia. Nasze Dwa Boskie Serca są zranione i wołają do was wszystkich z boleścią o przemianę, o modlitwę, o post, o prawdziwą miłość Mojego Syna w Najświętszym Sakramencie.

 

Zapraszam cię do przekroczenia progu Mojego Serca, a Ja cię w Nim ukryję. Zachowam cię i ochronię od wszelkiego zła, które cię otacza i od pokus. Ochronię cię i podniosę, Moje dziecko, ponad burzliwymi wodami grzechu i ukryję cię w Moim Matczynym Sercu. Moja Miłość i Moje uczucie wobec ciebie są tak wielkie, że sami aniołowie chcieliby być na twoim miejscu. Najświętsze Serce Jezusa nie ma ulubieńców, Moje – również nie. Bóg jest sprawiedliwy i dobry.

 

Dziś, Moja córko, i w dniach, które nadchodzą, będziesz przeżywać Święty Tydzień Męki Jezusa po raz drugi. Wiesz, co odczuwają Nasze Dwa Serca z powodu waszego podziału... Rany Naszych Dwóch Serc są niezliczone.

Jeśli stado Pana jest podzielone i rozproszone, a kraj stał się pustkowiem, jeśli bunt przeciw wszystkim Świętym Prawom Bożym osiągnął swój szczyt, jeśli dziś kardynał przeciwstawia się kardynałowi, a biskup – biskupowi, kapłan zaś – kapłanowi, to dzieje się tak dlatego, że wasze pokolenie odmówiło słuchania Moich Słów. Najwyższy wysłał Mnie, aby was ostrzec i łagodnie napomnieć. Dziś jednak twoje pokolenie odmawia Nam miejsca w swoim sercu i nie bierze poważnie Naszych Słów. Będziecie zbierać to, co posialiście. Moje Matczyne Serce smuci się musząc wam to powiedzieć, a Moje Oczy wylewają Krwawe Łzy na widok tego, co mam przed Sobą. Ręka Ojca spadnie na was z przeszywającym krzykiem: «Dość tego! Już wystarczy!» i w potoku ognia On dokona sądu...

 

Nasze Dwa Przeszyte Serca ostrzegają was wciąż poważnie i będziemy nadal was upominać, żebyście zmienili wasze serca i zwrócili je ku Bogu. Żyć można jedynie w Bogu, On bowiem jest waszym codziennym chlebem, waszym napojem, waszym oddechem... Niech wszyscy mieszkańcy Naszych Dwóch Serc wiedzą, iż teraz już wkrótce Nasze Dwa Serca, które są zjednoczone w Jedno Jedyne, zatryumfują i że dokonają się niezliczone rzeczy, jakie przepowiedzieliśmy.

Najświętsze Serce Jezusa i Moje Niepokalane Serce błogosławią każdego z was. Bądźcie jedno.

(PŻwB; 90496)

 

 

 

Czy duch, który ujrzał Boga, może jeszcze znaleźć coś pociągającego

w małych rzeczach ziemi?

 

 

Dlaczego szczyt "pandemii koronawirusa" przypadł w sam Wielki Post, w czasie dorocznych rekolekcji, nabożeństw  i  uroczystości Świąt Wielkanocnych? 


04 czerwca 2020
Wieczerniki w Ramach Kapłańskiego Ruchu Maryjnego - Odrodzedoprawdy.pl

Z miłości do szukających Prawdy przy­chodzę, aby ponownie pokazać, czym faktycznie Prawda jest i co Ona oznacza, bowiem zapomniano

o tym.   Ja jestem Prawdą, a Prawda jest Miłością. Miłością Nieskończoną, Miłością Najwyższą, Miłością Wieczną.    (PŻwB 9.04.88)

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                                                              br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

                            AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 027320