O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

 

 

 

W starożytności Efez był jednym z 12 miast jońskich w Azji Mniejszej, na terenie dzisiejszej Turcji. Leżał przy ujściu rzeki Kaystros do Morza Egejskigo. W  I wieku wiara chrześcijańska dotarła tu za sprawą św. Pawła, który prawdopodobnie trzykrotnie gościł tu i nauczał. Rosnąca liczŚwiątynia Artemidy w Efezieba Efezjan przyjmujących nową wiarę spowodowała zmniejszenie zysków płynących z kwitnącym na tym terenie kultem bogini Artemidy. Nie podobało się to oczywiście czerpiącym z tego korzyści, stąd prześladowania chrześcijan. 

 

 

 

 

 

 

 

Ap 2,1  Aniołowi Kościoła w Efezie napisz: To mówi Ten, który trzyma w prawej ręce siedem gwiazd, Ten, który się przechadza wśród siedmiu złotych świeczników:

(Ap 1,13;  Ap 1,16;  Ap 1,20) 

(2,1) Św. Jan pełni tu rolę sekretarza. Dyktującym list jest osoba, która przedstawia się jako „trzymający w ręce gwiazdy” i „przechadzający się wśród złotych świeczników”. Poprzez te symbole rozpoznać możemy Boga Stwórcę Wszechświata i Najwyższego Kapłana, który ma władzę nad całym Kościołem, obdarza i zabiera Boże dary - dary duchowe, charyzmaty czy łaski. Chodzi tu zatem o Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa. Przechadza się pośród Kościołów, zatem nie jest oddalony, jest obecny i zna je dogłębnie. I jako Bóg mówi teraz jak je widzi Swoimi Oczami, czyli w Prawdzie. 

 

List kierowany jest na ręce "anioła", czyli do jakiejś wybranej wiarygodnej osoby o czystym anielskim sercu. Może tamtejszego Biskupa, ale możliwe też, że na ręce nawet najmniej znaczącej osoby w Kościele efeskim, która jednak spragniona Boga napełniona jest Duchem Świętym. Pokora, prostota, miłość i żywa wiara uzdalnia ją do rozpoznania nadprzyrodzonego pochodzenia Listu.  Osoby o racjonalnym i naturalistycznym myśleniu, wewnętrznie skomplikowane,  zadowolone ze swego duchowego stanu, mające wysokie mniemanie o sobie, a stąd podatne na duchową zazdrość  - mają z tym problem. 

Osoba ta przed swoim Kościołem będzie rzecznikiem.

 

2,2  Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość, i to że złych nie możesz znieść, i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są, i żeś ich znalazł kłamcami.

 

(Fałszywi prorocy: 1Jan 4,1; Mt 7,15; Dz 20,29)

 

2,3  Ty masz wytrwałość: i zniosłeś cierpienie dla imienia mego - niezmordowany.

 

2,4  Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości.

 

(2,2-4) Zaskakujący, niemal wzorcowy jest obraz tej gminy chrześcijańskiej w pierwszych wersetach.

Jest to Kościół, który wytrwał pośród wielu trudów i ataków zła z zewnątrz i od wewnątrz. Nie uległ wygodnemu fałszywemu ekumenizmowi, by wzmocnić swoją pozycję w świecie. Ataki zewnętrzne na pewno go jeszcze bardziej zjednoczyły, wzmocniły i oczyściły z elementów chwiejnych i szukających własnego wyniesienia.  Ale również pozostał niezwykle czujny na podstępnie działające zło pod płaszczykiem dobra wewnątrz niego. Zapewne pamiętał o strachu związanym ze sprawą małżeństwa Ananiasza i Safiry (zob. Dz 5, 1-11), których śmierć z powodu próby "oszukania Ducha Świętego", głośnym echem odbiła się w całym Kościele. Nie dał się zwieść różnym nie do końca czystym naukom osób podających się za apostołów ani tendencjom do liberalizacji wymagań Ewangelii, do tolerowania moralnego zła pośród swoich członków. Zapewne pomny też na przestrogi Pana, że mała ilość kwasu zakwasza całe ciasto, wykluczał ze swoich szeregów nieprawych aż do czasu ich skruchy, okazania żalu, pragnienia wynagrodzenia za szkody i zgorszenie, i powrotu do Prawdy Ewangelii.   

Może Kościół przez to mniej liczny, ale za to żarliwy, nie zdradził Jezusa. Niezmordowany wytrwał w Prawdzie wiary aż do ustabilizowania się sytuacji. To jednak sprowadziło na dusze inne poważne, niespodziewane niebezpieczeństwo. Zapewne niezauważenie zerwano nić miłości, stąd mijano się z oczekiwaniami Boga  

 

Bo ani ta dotychczasowa heroiczna postawa, ani wytrwanie w prawdzie nie zadowala Boga. Jego Dar (charyzmat), który otrzymali członkowie wspólnoty był większy, był największy z możliwych. Była nim płomienna Miłość do Boga Trójjedynego.  Jako, że ta Miłość tak wielkie ma znaczenie, warto bliżej jej się przyjrzeć i ją głębiej rozważyć. 

Zapewne kiedyś ktoś prawdziwie miłujący Boga rozbudził w otwartych sercach pojedynczych mieszkańców Efezu wielkie pragnienie poznania, doświadczenia, przyjęcia tej Bożej Miłości. Pragnienie przyciąga Ducha Świętego. Mocą Jego łaski ono wzrasta, wzrasta Jego Światło w umyśle człowieka, rodzi się dobre nastawienie, dobra wola. Miłość Boża - jak Apostołów w Wieczerniku - tak rozpala serce człowieka, że ten pragnie nią się dzielić. Tak powstawała wspólnota.  Dzięki wspólnej modlitwie, zapewne dzięki uczestniczeniu w Eucharystii pojawiało się świadome dążenie do zrealizowania się tego, o co i my dziś modlimy się podczas Eucharystii: „ pokornie błagamy, by Duch Święty zjednoczył nas wszystkich przyjmujących Ciało i Krew Chrystusa..., byśmy stali się jednym ciałem i jednym duchem w Chrystusie”.  W rosnącej braterskiej miłości nie skupiali się jednak na sobie, nie byli jedynie wspólnotą wzajemnej adoracji dla przeżywania jakiegoś ciepełka doznań, dla zabezpieczenia sobie niepewnej przyszłości. Z jednej strony ożywione dusze pragnęły samego Boga bez oglądania się na świat. Z drugiej  doświadczenie Boga Żywego otwiera oczy na  Boże pragnienie zbawienia tego świata. I tak wzrastająca Boża miłość w sercu człowieka uzdalniała go do heroicznych poświęceń na rzecz uczestniczenia w Chrystusowym dziele zbawienia dusz ludzkich. Ta nadprzyrodzona Miłość, która nie pragnie niczego ze świata, niczego, co świat ceni i za czym się ugania  dała im zatem moc, by wytrwać znosząc cierpienia i stać się solą ziemi i światłem dla tego świata goniącego za wielkością i strumieniem bodźców zmysłowych.  To ta płomienna miłość do Boga niweczy ducha krytykanctwa i walki z każdym człowiekiem myślącym inaczej, a uzdalnia do współczucia i pragnienia niesienia pomocy każdej istocie, która znosi ból, która jakkolwiek cierpi czy to w ciele, psychicznie, moralnie lub duchowo. 

 

Nie wspaniałość świątyń, nie piękno szat i oprawy zebrań liturgicznych, nie dobra organizacja, nie  środki finansowe, techniczne, ewangelizacyjne czy cokolwiek innego, ale ofiarna Miłość, która nie jest z tego świata (nie jest jedynie nagrodą, a przede wszystkim lekarstwem dla grzeszników nie znających tej miłości) przynosiła owoce.  

 

  Teraz zapewne w sytuacji w miarę ustabilizowanej, gmina efezka odstąpiła od tej pierwotnej miłości.

Miłość podtrzymuje się Prawdą przyobleczoną w miłosierdzie, wymaga ona nieustanego podtrzymywania płomienia chrustem ofiar, wyrzeczeń  i poświęceń. Już samozadowolenie, dobre mniemanie o sobie przygasza ten ogień miłości, a tym bardziej szukanie wygód, myślenie o sobie, pięcie się po szczeblach hierarchii, pragnienie swojego wywyższenia, powrót do życia przyjemnościami tego świata. Zatem odstępuje od niej ten, kto traci z pola widzenia Niebo, komu nie zależy już na rozszerzaniu Królestwa Bożego, na bezinteresownej służbie Bogu dla ratowania, dla zbawiania dusz.  Świat (którego władcą wciąż jeszcze jest szatan), przez popularność, pod pozorem dobra dla np. skuteczniejszej  ewangelizacji,  łatwo wciąga w pułapkę nawet głęboko uduchowionego człowieka. Z duchowego łatwo wówczas stać się na powrót osobą zmysłową i cielesną, gdy pokorę, pobożność, bojaźń Bożą i ofiarność (fundamenty cnót i poznania tajemnic Boga) zajmie wyniosłość, rutyna czy praca dla samozadowolenia.   

 

Ciągłe przyzywanie Boga jak ognia, który zdolny jest rozpalić moje serce, nieustanne pragnienie, by powiększał Swoją miłość we mnie sprawia, że na takie prośby Pan chętnie odpowiada. Daje siłę, moc, radość, wspiera w oczyszczaniu duszy, w codziennym zapieraniu się siebie, swojej cielesnej natury, swojego cielesnego „ego” w drodze do przebóstwienia, do zjednoczenia z niepojęcie wspaniałym Bogiem.  Tak Bóg udoskonala człowieka, uzdalnia do radosnej, heroicznej ofiarności, bo tego potrzebuje dla ratowania dusz przed wiecznym potępieniem. A radosnego dawcę Pan miłuje miłością szczególną.  Ale może przyjść na człowieka chwila, gdy postawi Bogu granice, gdy niebacznie zerwie nić miłości, jaką jest czujność, pragnienie i oczekiwanie. Wówczas stopniowo zmniejsza zasilanie gałązkami swych ofiar ten płonący w nim ogień miłości. Walka ze swoimi słabościami, ze światem i szatanem zaczyna wydawać się zbyt wielkim trudem, ciężarem, głupstwem. Stopniowo władzę nad człowiekiem bierze zmysłowość, zaczyna się liczyć przyjemność i wygoda. Przy coraz bardziej oziębłych, rutynowych praktykach religijnych.

 

Pan tego, kto Mu się ofiarowuje nie opuszcza w tej sytuacji. Przypomina i upomina się wszak pozostawiając wolną wolę. Gdy nie nawiążemy bliskiej relacji, sami będziemy czuli się władni działać według swoich pomysłów, wówczas walka z wpływami świata wrogiego Bogu i Jego Prawu, walka z sobą samym, ze swoimi przyrodzonymi słabościami oraz grzechami, z ich podstępnym sprawcą – szatanem, przeradza się w walkę z człowiekiem nie podzielającym jedynie słusznych własnych poglądów. Tak powoli, niezauważalnie służba Żywemu Bogu  zastąpiona zostaje ideą Boga, stopniowo przeradzając się w walkę dla zwycięstwa jakiejś wyrosłej z Bożego Prawa ale sprzecznej z Nim ludzkiej ideologii. 

W służbie idei czy ideologii człowiek może się zmieniać, ale już nie udoskonalać. Traci bowiem nadprzyrodzone pragnienia nieskazitelności (zgodnie z nakazem Jahwe), traci wiarę w nadprzyrodzoność,  traci możliwość uzyskania przebóstwienia, przyobleczenia Chrystusową szatą świętości. To nie jest zarezerwowane dla wybranych, to oczekiwania Boga od każdej duchowej istoty, jaką jest człowiek mający w sobie ducha. A duch naszej duszy - to nasze nieśmiertelne "ja" nie jest stworzone. Jest iskierką, która wytrysnęła z Bożego Ognia Miłości, z niepojętego Bożego JA, by ożywić nasze ciało dla przejścia przez próbę miłości w dążeniu do zjednoczenia na powrót z OGNIEM.  Idea nawet największa i najpiękniejsza wzbudza często złe emocje, odbiera pokój, a w konsekwencji i miłość. A to zakłóca i uniemożliwia żywy kontakt z Bogiem, osobiste miłosne relacje. Rezygnacja z tego jest szkodzeniem sobie, wystawieniem siebie na ryzyko zabicia siebie czym jest utrata Nieba. 

 

Tak więc ten Kościół utraciwszy Miłość czyli Boga samego, już nie wzrasta, nie karmi się już Miłością, nie zabiega w swym sercu o Nią.  Pobożność staje się czysto formalistyczna. Jedynie siłą dawnego rozpędu pozostaje jeszcze przywiązanie do wiary, a właściwie już coraz bardziej nie wiary, lecz wyrosłej z niej pustej tradycji, zwyczajów, folkloru.  Ten proces – jeżeli nic się nie zmieni – będzie się pogłębiał. Jeszcze wspólnota trwać będzie w postawie dbałości o dobro moralne, o ład, porządek, przestrzeganie prawa, ale nie to ma być przecież celem walki. O te wartości starają się przecież także ateiści. Chrześcijanin nie o nie ma walczyć, bo taka walka dzieli, nie jednoczy. Wszelkie dobro pojawiać się będzie samoistnie, gdy posiądzie się Miłość. Z płynących z niej uczuć (tak, Miłość to również uczucia wynikające ze stałej postawy serca, a nie inne współczesne teorie tłumaczące własną oschłość), wyłaniają się pragnienia przynoszenia Bogu chwały i wszelkie działania człowieka posiadającego dobrą wolę. Z uwagi jednak na dostrzeganie wówczas swojej człowieczej słabości, niestałości, nieporadności, wręcz nędzy w sprawach duchowych, człowiek lęka się żyć swoją wolą, pragnie zjednoczenia z Wolą Bożą.  Sercem tej  Miłości jest entuzjazm. Wtedy  tylko człowiek jest w stanie  czynić nie tyle dobre uczynki, co czyny miłości. Uczynek dobry dla innych, może być równocześnie szkodliwy dla naszej duszy, jeżeli uczynimy go na pokaz, dla powiększenia własnej chwały, dla samozadowolenia, przypodobania się innym, z wyrachowania, obłudy, lęku czy jakiegokolwiek wzglądu ludzkiego.  

Jedynie wypływające z woli Bożej czyny miłości,  w pokorze, w ukryciu przed światem, nie dla nagrody, w zapomnieniu, by się nawet przed sobą samym nimi nie szczycić, oczyszczają naszą duszę i mają wartość przed Bogiem.  Mogą one mieć moc równą Mocy Bożej. Pan mówi dziś do nas:

 

„ (...) Niech wszystkie twoje chwile przemienią się w uczucia, jakby w pieśni z których czerpać będę twoją miłość i miłość do grzeszników, i łaski do rozdawania...”  (OiJ)

 

„ (...) w walce o zwycięstwo Miłości , miłość tworzy cuda. A jeśli takich dzieci Boga-Hostii Miłości jest wiele i ze sobą związanych, i złączonych, to tworzy się taka potęga, że zmobilizowane przez moce zła siły atomowe są słabymi drgnięciami, które moc Miłości jednym aktem  ujarzmić i unicestwić może, bo miłość jest potęgą, która rządzi nie tylko ziemią, ale nie dającymi się zliczyć gwiazdami  i wszystkimi duchami, i całym stworzeniem – Wszechmocna Miłość, której na imię Bóg.”   (Di 2992)

 

  Domyślić się również można, że wielu członkom tego Kościoła, tak bardzo ostrożnego, dbającego o czystość doktryny, który jednak utracił już miłosną więź Bogiem, a Światło Ducha Świętego sprowadzał do ziemskich wartości, zagraża realne niebezpieczeństwo. Wynika ono z tego, że jego ostrożność może stać się nieostrożnością związaną z nierozpoznaniem, nieuznaniem Boskiego pochodzenia tego upominającego listu i odrzucenia go. Dlatego chyba Pan Jezus przypomina:        

 

 

 

2,5          Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i  nawróć się,  i pierwsze czyny podejmij! Jeśli zaś nie – przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie nawrócisz.

 

(2,5) „Pamiętaj skąd spadłeś”. Skąd?  Bóg nie gani za zbyt słabą miłość, gdy ktoś jej pragnie i wzrasta. Lecz ten Kościół już nie wzrasta, spadł z wyżyn miłości. To miłość do Jezusa winna być jedynym odniesieniem ludzkich wyborów, a nie wartości moralne, nawet największe, lecz bez miłosnego ukierunkowania jedynie na chwałę Bożą.

 

Prawdziwa bowiem miłość daje wszystko, na siebie nie zważając, inaczej nie daje nic. /.../  Miłość rodzi miłość, ale nie dlatego kocha. /.../ Miłość jest bowiem całkowitym oddaniem i oboje oddają sobie nawzajem całych siebie  bez reszty i rachuby – i to jest dopiero oddanie w miłości, oddanie prawdziwe. I na tym polega świętość, dzieci Moje, i innej nie ma.”  (Di 2985)

 

Objawiłem się wam, Ja–Miłość jedyna i absolutna, z której wszystkie inne wytryskują jak promienie ze słońca. Pragnę, o, jak bardzo pragnę... by ta miłość rozpaliła wszystkie serca Mych braci-ludzi, by jej zapragnęli, by ją wybrali za jedyną drogę i powołanie swego życia. Chcę jednak być zdobytym. Chcę, byście mnie zapragnęli, byście zapragnęli Jezusem-Miłością zapalić świat. (Di 2980)

 

   „Pierwsze czyny podejmij”. Jakie mogły być te pierwsze czyny, które doprowadziły do tej prawdziwej żarliwej miłości? Zapewne zburzenie ołtarzy, na których składano bałwochwalcze ofiary.  Ołtarzy nie tylko fizycznych, ale tych zbudowanych w sercach: egocentryzmu, pychy, zarozumialstwa, arogancji, chciwości, zmysłowości, zazdrości (również duchowej), nieumiarkowania, gniewu, samozadowolenia.  Pozbycie się wszystkiego, wszelkich rzeczy materialnych i niematerialnych, wokół siebie i z siebie, które oddalają nas od Boga. Ponad wszystko Miłość – sama istota wiary, bezcenna wartość,  skarb niewyczerpany, niezniszczalny, nieprzemijający, z którego czerpać będziemy przez wieczność. Zdobywa się ją poprzez mocne pragnienie, by oddać się wyłącznie tej Jedynej, Prawdziwej Miłości. Przez wysiłki życia w posłuszeństwie nauce Ewangelii i temu, czego uczy Duch Święty. To posłuszeństwo jest najdoskonalszym sposobem pełnienia Woli Bożej prowadzącej bezbłędnie pewną drogą do zbawienia, do zjednoczenia z Bogiem i wypełnienia się Bożych planów.

 

Nasze posłuszeństwo z miłości daje zadośćuczynienie Jezusowi za tak wielkie nieposłuszeństwo i pogardę świata. Poświęcanie Mu swojego czasu, stałe obcowanie z Nim – swoim najlepszym przyjacielem, oblubieńcem, sprawianie Mu przyjemności i radości ukrytymi czynami miłości, wynagradza Jezusowi za zadawane Mu wciąż rany, zniewagi, bluźnierstwa.

Jezus nie pozostaje dłużny, wręcz przeciwnie, nie da się prześcignąć w miłości. Odczuwając nasze pragnienia i dobrą wolę sam rozpala stopniowo w nas Swoją Boską Miłość. Wówczas nasze ofiary, modlitwy i działania łączone z Jezusowymi stają się miłe Ojcu Niebieskiemu. I są zapisane w naszej księdze żywota. 

 

   Niestety, nie podsycany nieustannym pragnieniem, prawdą, wysiłkiem i ofiarami, ten ogień miłości stopniowo słabnie. Dawne zniszczone ołtarze, zostają w sercach zastąpione nowymi. Dochodzi do usiłowania pogodzenia Boga z życiem dla tego świata, z  Mamoną dzięki której możemy błyszczeć, zażywać przyjemnego, wygodnego, ospałego życia. Pozostawać można nawet gorliwym chrześcijaninem, ale już bez prawdziwej religii sprowadzonej do czystego formalizmu. Nawet sądzenie, że wypełnia się Wolę Bożą, ale bez uniżenia, pokory, skruchy, prostoty, bezgranicznej czci, radości, spontaniczności, zaangażowania serca, uwielbienia Boga - jest już odchodzeniem. Czyż nie jest hipokryzją okazywanie i czynienie na zewnątrz tego, co już sprzeczne jest z wnętrzem? Czyż nie są fałszywe w Oczach Boga nawet wielkie i piękne czyny, ale podejmowane z pragnieniem osiągnięcia jakiejś osobistej korzyści, ukazywania w nich siebie, z nakierowaniem na swoją, nie jedynie Bożą chwałę?  To zatracanie się w sobie, czynienie z siebie idola, ze swojego „ego” bożka, przyćmiewa rozum. Nie chcemy wówczas dostrzegać trudnej prawdy, w jakimś nieuświadomieniu oszukujemy siebie i próbujemy oszukiwać  Boga. Tak wszystko, nawet modlitwy i ofiary stają się obłudne, dlatego obrzydliwe stają się w Oczach Boga. 

 

  Dawne czyny podejmij – zburz te nowe ołtarze, przestań oddawać cześć sobie i swoim bożkom: ekranom komórek, komputerów, telewizji, firmie czy pracy, papierosów, alkoholu, seksu, władzy, bogactwa, mody, urody, opinii, względu ludzkiego, uznania w oczach świata, wykształcenia, kariery, sukcesu, pozycji społecznej, autorytetu, ciekawości, pedanterii, skrupulanctwa... , nawet rodziny i setkom innych. Bóg oczekuje, że będziemy Go kochać bardziej niż kogokolwiek i cokolwiek na świecie, bardziej niż siebie. 

 

  Proś o łaskę zapragnięcia wyłącznie Boga, oczyść się ponownie łzami skruchy, wynagradzaj i pocieszaj swego Pana, rozpalaj się  żarliwą miłością, bliskim obcowaniem z Jezusem na modlitwie, w Eucharystii, trwaj na radosnym pełnieniu w najdoskonalszym stopniu jedynie Jego woli, pozwalając się kierować Jego Słowem, dojdź do życia modlitwą nieustającą.  Tak wzrastając w miłości dojdziesz i wytrwasz w czystości i pięknie duszy – tym, na czym Bogu najbardziej zależy. Heroiczne postawy wynikać mogą i z niskich, egoistycznych pobudek, niszcząc czystość i piękno duszy – świątyni Boga.

   O to upomina się Miłośnik dusz. Jeżeli tego nie otrzyma, mówi:„ruszę świecznik twój z tego miejsca”, co można zrozumieć: poruszę tym światłem, które sam dla swojej chwały palisz w swym wnętrzu, w sercu którego posadziłeś na tronie własne „ego”. To wstrząs, który ma przebudzić tak pojedynczą duszę jak i wspólnotę, parafię, Kościół.

 

2,6          Ale masz tę [zaletę], że nienawidzisz czynów nikolaitów, których to czynów i Ja nienawidzę.

               

(Drzewo życia: Ap 22,2;    Rodz 2,9;  Rodz 3,22;  Rodz 3,24; Prz 11,30)   

 

  (2,6)  Tego, kto jednak nie chce spełnić pragnień Jezusa, On nie odrzuca, nie zraża się, nie obraża. Bierze tyle, ile człowiek chce Mu dać. I kocha miłością czułą, niczym ojciec i matka swe bardzo ułomne dziecko.  Po słowach Prawdy, po upomnieniach i zachętach słyszymy więc od Jezusa słowa pociechy i miłości. To wskazówka, to jeden ze sposobów rozróżniania prawdziwego Słowa Bożego od podszywającego się pod nie kłamstwa. Bo gdy Prawdę głosi Miłość, nigdy człowiek nie jest  pozostawiony z poczuciem odrzucenia, z lękiem i brakiem nadziei. Miłość udzielając się, przynosi może upomnienie, ale pragnie pozostawić  wewnętrzny pokój, otuchę, zachętę.

 

   Tu najpierw Jezus ukazuje jedną zaletę, której mamy się trzymać: nienawidzić czynów złych. Warto z mocą podkreślić, że w naszej służbie Bogu nie ludzi mamy nienawidzić, ale ich złych czynów. Wszak nie znając ich serca, intencji, pobudek, słabości, zranień, całej historii życia nie możemy osądzać człowieka. Jednak chrześcijanin, uczeń, naśladowca Chrystusa powołany jest do otwartej walki. Kto miłuje, dla ratowania bliźnich podejmuje się walki z ich grzechem, wierzeniami, ideologiami, jednocześnie obejmując ich wyciągniętymi ramionami w nieustannym przebaczaniu, odpłacaniu im dobrem za zło, kochając nawet jeśli nas prześladują, szukając i akcentując w nich nawet okruszyny dobra. Nie sprawiedliwą odpłatą i sądem (to chrześcijanin pozostawia Bogu), ale dobrem. Zrozumienie sensu i wagi tej postawy pomaga we wprowadzaniu jej w życie. Dziś uważamy się za chrześcijan, a jednocześnie tego nie przestrzegamy, a nawet nie akceptujemy i  odrzucamy znajdując setki ludzkich wytłumaczeń. To jest przecież podstawa tego nowego Prawa Miłości ustanowionego przez Jezusa - kochać każdego człowieka tak, jak Jezus nas kocha. To  co dziś się uwidacznia, to jest jakaś potworna pomyłka. Kto ustanawia prawa w Kościele, my czy Chrystus? Czy dziś dotyczą nas te słowa, że mamy choć tę zaletę i nienawidzimy czynów złych? Czy też porównujemy się do tego świata, do wypaczonego katolicyzmu  i dochodzimy do wniosku, że np. związki partnerskie są dzisiaj dobre, że spędzanie wolnego czasu w Dzień Pański w galeriach handlowych jest dobre, że tatuaż może być dobry, że "seks jest boski", że brzuch jest mój i mam prawo zabić własne dziecko... ileż tego jest.   

 

Czyjś czyn zły na nas dokonany, na nas powinien się skończyć (jest to niewątpliwie wielka ofiara, do niej jednak powołany jest każdy chrześcijanin), a nie rozprzestrzeniać się obmową, krytyką, złorzeczeniem, pragnieniem odwetu... zataczając coraz dalsze kręgi. Tak rodzą się zabójstwa i wojny. Pokój na świecie uzależniony jest  od pokoju w każdej poszczególnej duszy. Dlatego z duszy chrześcijanina powinny promieniować i rozprzestrzeniać się przebaczenie, pokój i miłość. Jak to się dzieje, że Boża Miłość i Boże Królestwo po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa nie może objąć nawet cząstki ziemi?

 

   

 

  Nie wiadomo dokładnie, na czym polegał błędny pogląd nikolaitów, ale prawdopodobnie na tym, do czego robił aluzje Jan w swych listach. Jan wiele lat spędził w Efezie i dobrze znał tamtejszy Kościół. Pojawili się wówczas heretycy, którzy głosili, że jedynie duchowy Chrystus zstąpił na wybitnie inteligentnego człowieka podczas jego chrztu w Jordanie, dlatego Syn Boży tylko pozornie złożył siebie w ofierze za nas.

  Dziś ponownie pojawili się „nikolaici”. Pomimo nauczania Piotra naszych czasów -papieża Jana Pawła II, posiadającego tak wielki autorytet, pomimo papieża Benedykta XVI i Franciszka, zalewają nas fałszywe nauki.  Zanika wiara w Ofiarniczy charakter Eucharystii i w rzeczywistą Obecność Jezusa w Swym Ciele i Krwi, Duszy i Bóstwie. Mówi się, albo postępuje jakby Msza Św. była jedynie pamiątką, a „opłatek” tylko symbolem. Stąd wielka część chrześcijan już stała się „nikolaitami”. Prowadzi to do przepowiedzianej „ohydy spustoszenia w świątyni Pańskiej”:

 

6.06.1991 PŻwB:

(...) Pokolenie, usunęliście Moją Stałą Ofiarę* z waszego wnętrza, bo utraciliście wiarę.

Ilu z was jest Mnie spragnionych? Bardzo niewielu przychodzi Mnie pić, chociaż możecie Mnie pić darmo. Kto Mnie łaknie? Darmo możecie Mnie otrzymać, zupełnie darmo. Jednak prawie nikt nie pragnie Mnie spożywać. Zło wykrzywiło wasze rozeznanie sprawiając, że wasz umysł fascynuje się pochłanianiem wszystkiego, co nie jest Mną. Szatan spowodował, że zamiast wchłaniać Moją Światłość, wchłaniacie jego ciemności. Zamiast stać się pięknymi i promienieją­cymi, straciliście blask. Zmarnieliście i jak uschłe gałęzie jesteście te­raz gotowi do odcięcia i wrzucenia w ogień na spalenie. (Por. Mt3,10;J15,6) 

Nie bójcie się Mnie, Ja jestem Źródłem Życia. Ja jestem Drogą do Nieba, Ja jes­tem jedyną Prawdą prowadzącą was do dzielenia Mojej Chwały na Wieczność. Świątynio Boga, córko, należąca do Mnie, krocz ze Mną”.

 

* - Stała Ofiara to Najświętsza Eucharystia, Komunia Święta.

 

 

  By przebadać się, czy nie jestem współczesnym „nikolaitą” potrzeba odpowiedzieć sobie na pytania. Czy moja postawa wskazuje, że posiadam tę wiarę, że podczas sprawowania Eucharystii Jezus Chrystus ponawia ofiarowywanie siebie samego Bogu Ojcu, nieustannie dokonując dzieła naszego zbawienia? Jeżeli tak, to czy uznając się za Jego ucznia, posiadam lub proszę o ten przywilej jak najczęstszego, nawet codziennego uczestniczenia w Eucharystii i adoracji swego Zbawiciela, by mieć udział w Jego dziele zbawienia? A może wierząc, bez skrupułów korzystam z tego nieustannego wynagradzania za nasze grzechy, powstrzymującego karzącą Rękę doskonałej Sprawiedliwości Ojca Niebieskiego i pozwalam sobie używać życia tak, jak to czynią niewierzący i bluźniercy? Nadawanie ludzkich celów swojemu chrześcijaństwu sprowadza na siebie przekleństwo i czyni nas jeszcze gorszymi od pogan.

  Czy czujemy się dłużnikami Jezusa za Jego Ofiarowywanie się i Modlitwy, które są również  uprzedzającymi, by te nasze często obłudne i samolubne modlitwy wzywające Ojca Niebieskiego nie przynosiły nam kary? To tylko dzięki tej uprzedzającej miłosiernej miłości, mimo naszej obłudy, możemy wkroczyć na drogę prowadzącą ku doskonałemu tak w miłosierdziu, jak i sprawiedliwości, najwspanialszemu Ojcu. Kochajmy więc w każdej chwili, silną i czystą miłością Trójcę Przenajświętszą przyjmując Dary Ducha Świętego, naśladując Syna, uwielbiając Ojca.

  W dalszej części zobaczymy, co się będzie działo na świecie, gdy z powodu wzrastającej niewiary w ludzkich sercach nieustająca Ofiara zostanie całkiem zniesiona.

 

2,7          Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów. Zwycięzcy dam spożyć owoc  z drzewa życia, które jest w raju Boga.

 

(2,7) Ostatni werset wyjaśnia nam sam Pan:

 

 26.10.1987 PŻwB

(...) Z powodu Mojego Nieskończonego Miłosierdzia, zstępuję na ziemię was ostrzec. Ja jestem Duchem Prawdy, który mówi. Słuchajcie tego, co mam do powiedzenia Moim Kościołom. (...)

 

18.08.1943  KCz

 (...) Jest powiedziane: „Zwycięzcy dam spożyć owoc z drze­wa życia..." /Ap 2,7/ To odnosi się do Mnie. Tak, Ja jestem drzewem życia wiecznego i daję wam Siebie jako pokarm w Eucharys­tii, a oglądanie Mnie będzie radosnym pokarmem zwycięzców w życiu przyszłym.

 

  Kto jest zwycięzcą? Co robić, aby nim być? Podejmować przynoszące rozgłos heroiczne czyny? Nie. Zwycięzcy byliby wtedy bardzo nieliczni.

Zwycięzcami są ci, którzy w samych sobie pokonują pragnącą nimi zawładnąć Bestię. /Por. Ap 13/ Zaprawdę, kiedy się zestawi okrutne, lecz krótkie męczeństwo - wspomagane przez czynniki nadprzyrodzone i naturalne - z walką uk­rytą, nieznaną i stałą, to ta druga ma u Boga znacznie większą wartość lub przynajmniej wartość innego rodzaju, w każdym razie - wielką.

 

   Nie ma większych tyranów nad tyrana, jakim jest ciało i Demon. Kto potrafi zwyciężyć ciało i Demona, czyniąc z ciała - ducha, a z Demona - pokonanego, ten jest „zwycięzcą". Aby jednak nim być, musi się całkowicie oddać Miłości. Całkowi­cie. Kto kocha ze wszystkich swych sił, ten nie zachowuje nic dla siebie samego, a nie zachowując nic dla siebie, nie zacho­wuje nic dla ciała i dla Demona. Daje wszystko swemu Bogu, a Bóg daje wszystko miłującemu Go. Daje mu swoje Słowo. To daje zwycięzcy do spożycia, już na tej ziemi. Nie mógłby mu dać nic większego. Daje Mnie, Słowo Ojca, aby stało się pokarmem ducha poświęconego dla Nieba.

 

   Moje Słowo zstępuje, aby nakarmić dusze, które wszystko oddały swemu Panu Bogu. Przychodzi moje Słowo, aby być kapłanem i przewodnikiem dla was, którzy szukacie prawdzi­wego kierownictwa, a widzicie tylu słabych przewodników rzesz, które giną bez prawdziwego przewodnictwa. Wy, którzyście pojęli Prawdę, wiecie, że jedno jest konieczne: żyć mo­im Słowem, wierzyć w moje Słowo, postępować według mo­jego Słowa.

 

  Co powiedziałabyś o tym, kto chciałby żyć [karmiąc się] tylko słodyczami, likierami, papierosami? Powiedziałabyś, że umrze, gdyż nie jest to pokarm konieczny dla życia i zdrowia. To samo odnosi się do tego, kto trudzi się tysiącem powierz­chownych spraw, a nie zajmuje się tym, co stanowi istotę całego życia duszy: Moim Słowem.

 

  Dlaczego Msza, dlaczego Eucharystia, dlaczego Spowiedź nie uświęcają was tak, jak powinny to czynić? Dlatego, że są dla was sprawami czysto formalnymi. Brak waszej uwagi skiero­wanej na moje Słowo sprawia, że nie przynoszą owocu. Go­rzej jeszcze: moje Słowo - które zsyłam z Nieba, aby was we­zwać i dać wam światło - tłumicie oziębłością, obłudą i grze­chem, mniej lub bardziej ciężkim. Po prostu nie kochacie Mnie.

 

  Kochać nie oznacza składać od czasu do czasu grzecznoś­ciową, całkiem powierzchowną wizytę. Kochać znaczy żyć z duszą zjednoczoną, stopioną i rozpaloną tym samym ogniem, który ożywia drugą duszę.

[Wyjaśnię], jak w tym stopieniu dochodzi się do zrozumie­nia. Nie przemawiam już z daleka, z wysokości Niebios, lecz ustanawiam swą siedzibę - a wraz ze Mną Ojciec i Duch, bo jesteśmy jedno /Por. J 10,30/ - ustanawiam siedzibę w kochającym Mnie sercu i Moje Śłowo nie jest już szeptem, lecz pełnym głosem, nie jest już odosobnione, lecz stałe. Wtedy jestem prawdzi­wym „Nauczycielem". Jestem tym, który przed dwudziestoma wiekami przemawiał niestrudzenie do tłumów, a teraz znajdu­je radość, przemawiając do swoich wybranych, którzy potrafią słuchać i stają się moimi kanałami łaski.

 

   Ileż Życia wam daję! Życia prawdziwego, Życia świętego, Życia wiecznego, Życia radosnego - wraz z moim Słowem, które jest Słowem Ojca i Miłością Ducha. Tak, zaprawdę, daję „zwycięzcy" spożywać owoc z drzewa Życia. Dam wam go na tej ziemi wraz z moją duchową nauką, którą na nowo przy­noszę ludziom, aby nie wszyscy zginęli. W przyszłym życiu dam wam go przez Moją obecność pośród was na wieczność. Ja jestem prawdziwym Życiem. Trwajcie we Mnie, moi umi­łowani, a nie zaznacie śmierci.

 

 

03.06.1988  PŻwB

/.../Powtarzam jeszcze raz, że Ja, Jezus Chrystus, Pan, wasz Zbawiciel, wybrałem Piotra, tego Piotra, którym jest aktualnie Jan Paweł II, aby was karmił  i czuwał nad Moimi barankami i owieczkami aż do Mego Powrotu Posłuchajcie, co Duch mówi do Kościołów. /.../

  

17.03.1993  PŻwB

„Podnoś glos bez obawy i prorokuj. Prorokuj, Moje dziecko, aby wymazać niegodziwość z wielu serc! Niech ci, którzy mają uszy, słuchają, co Duch mówi dziś do kościołów. /Por. Ap 2,7/ Niech przyjdą wszyscy, którzy są spragnieni. Pisz i mów moim kapłańskim duszom:

Bunt już się dokonuje, ale w tajemnicy, gdyż ten, który go powstrzymuje, najpierw musi zostać usunięty, wtedy Buntownik ukaże się otwarcie (...)

/Por.2Tes2,7/  (z dalszego tekstu wynika, że tym, który powstrzymuje bunt był papież Jan Paweł II, teraz zapewne kolejni Papieże)

 

28.11.1996 PŻwB

(...) Przyjdźcie zanurzyć się w strumieniach /Jezus mówi o Swoim Świętym Duchu/ płynących z Mojego Najświętszego Serca. Moje Najświętsze Serce jest waszym poręczycielem i Drzewem życia dla tych, którzy Je posiadają. (...)

 

 

Nadzieja Kościoła w Apokalipsie św. Jana. Rozważania  Ap 2,1-7; Listy  "do siedmiu Kościołów, które są w Azji"; List do kościoła w Efezie. 
Osłabła miłość Kościoła.

09 stycznia 2020
Rozpoznanie prawdy o sobie, by żyć świadomie i otrzymać uwolnienie od złych skłonności.

Z miłości do szukających Prawdy przy­chodzę, aby ponownie pokazać, czym faktycznie Prawda jest i co Ona oznacza, bowiem zapomniano

o tym.   Ja jestem Prawdą, a Prawda jest Miłością. Miłością Nieskończoną, Miłością Najwyższą, Miłością Wieczną.    (PŻwB 9.04.88)

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                               br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

  AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 028041