O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

 

   Rozważmy głębiej Naukę - tę dotyczącą i będącą spuścizną po największym Mędrcu ludzkości - Jezusie z Nazaretu. Tym, Który sam siebie nazwał Słowem. Słowem objaśniającym Myśli Boga Ojca ludzkości.

Jak ona się rozwija… i jak wypacza.

      

   Jakiego zatem Jezusa ukazuje nam Biblia, Ewangeliści, Apostołowie, uczniowie Jezusa i ich następcy nazwani ojcami apostolskimi, ojcami kościoła, doktorami kościoła, a także mistycy? Wszyscy oni  mówią   jednym głosem. Wątpiący w rzetelność ich przekazów mogą otworzyć się na swoją możliwość dedukcji i zauważyć, czy człowiek jest zdolny wymyśleć sam z siebie coś, co nieskończenie przekracza naszą naturę? We wszystkich wymyślonych religiach bogowie mają cechy, skłonności, przywary ludzkie. Wielka jest ludzka wyobraźnia, ale nie sięga Bożych Dzieł. Nieskończenie przekraczają one nasze najśmielsze wyobrażenia. Mistrzowie pióra prześcigają się w wymyślaniu bohaterskich postaci i najprzeróżniejszych historii o wielkiej miłości, o mądrości i wiedzy mędrców, o niezwykłych zdolnościach wielkich wodzów, o bohaterach podejmujących nierówną walkę w obronie słabych i prześladowanych, o mścicielach wyrównujących rachunki, o podejmujących heroiczną walkę dla sprawiedliwości i wolności…

 

   Czy jednak człowiek byłby zdolny sam z siebie wymyśleć opowiadanie o dobrowolnym, zastępczym przyjmowaniu cierpienia za swych prześladowców, od których doświadcza się właśnie poniżenia, szyderstw i okrucieństw, w stosunku do których nie dopuszcza się nawet złej myśli, nawet najmniejszego złego uczucia, którym raczej współczuje się i ich usprawiedliwia, a nawet w stosunku do których czuje miłość? I nie tylko, że nie domaga się sprawiedliwości, ale nawet - by ona ich nie mogła natychmiast dosięgnąć, sam siebie ofiarowuje, sam dobrowolnie składa siebie w ofierze zadośćuczyniającej za ich winę. Takie rozumowanie jest wbrew naszej naturze, naszym pojęciom, naszemu rozumieniu mądrości, sprawiedliwości, roztropności w przewidywaniu złych skutków takiego postępowania… Takie rozumowanie nieskończenie nas przerasta, przekracza nasze racjonalne myślenie.  A Jezus Chrystus przyjął na siebie nasze ludzkie przeszłe i przyszłe winy wobec doskonałego Bożego Prawa Miłości i Sprawiedliwości (wszak podporządkowanej Miłości), i wraz z nimi został zgładzony w najokrutniejszych mękach. Dobrowolnym cierpieniem i śmiercią spłacił za ludzkość zaciągnięty dług. Wykupił nas od doskonałej sprawiedliwości Boga Ojca. Płacąc dług otworzył wszystkim ludziom możliwość Życia w Niebiańskim Raju - do tego czasu zamkniętym przed człowiekiem

.

   Dziś ludzka natura jest degenerowana jak nigdy dotąd, zło  przybiera coraz to nowsze formy. Ludzkość nie zna Miłości czystej, Miłości prawdziwej, boi się, nie rozumie tej Miłości bez granic, większej niż jakakolwiek ludzka podłość, nikczemność i zepsucie. Świat tę Miłość nieustannie krzyżuje, a Miłość nie ustaje w wysiłkach zbawiania świata. Wciąż to się dokonuje w Ofierze Uobecniającej Ofiarę Golgoty – Mszy Świętej. To dzięki niej świat pomimo tego niepojętego szaleństwa wciąż jeszcze istnieje.

 

   Żeby jednak pojąć te Boże Dzieła trzeba się wyzbyć wszelkiego złego ducha naturalizmu i racjonalizmu, i otworzyć się na najwyższy poziom myślenia – duchowy. Zrozumieć Prawa rządzące światem ducha, zrozumieć Bożą ekonomię zbawiania dusz, uznać Boże prawo do nas. Jaki natomiast ukazuje nam się powszechny obraz dzisiejszego chrześcijaństwa? Twierdzenie  chrześcijanina: „Jestem wierzący ale nie praktykujący” jest tak samo rozsądne jak alkoholika, który nazywa siebie abstynentem – tyle że niepraktykującym. Dawanie pierwszeństwa temu, co ten świat oferuje jest wynikiem braku wiary. Chrześcijaństwo, które miało nie być z tego świata, nie mieć z nim nic wspólnego coraz bardziej ulega mentalności tego świata ogarniętego buntem przeciwko Jego Prawu Miłości.  Czasy, gdy Chrześcijaństwo kwitło zostały uznane za średniowieczną ciemnotę. Skoro oświeceniem czy pozytywizmem nazywa się okresy zaparcia się i zatracenia rozumienia spraw duchowych – co jest prawdziwą ciemnotą, to jakie mamy teraz czasy? Ale chyba tylko ten, kto wyzbył się współczesnego ducha zarozumialstwa i uprzedzeń może jasno zauważyć, że po wiekach blasków i cieni, to dzięki chrześcijaństwu Jezusowe nowe przykazanie miłości -  jak On nas umiłował - wykorzeniło prymitywne, barbarzyńskie wierzenia, zwyczaje, tradycje i prawa, wydając  wspaniałe owoce w postaci chrześcijańskiej moralności i duchowości oraz pochodzących właśnie od nich zdobyczy kultury naszej cywilizacji (którą w zastraszającym tempie zatracamy). 

 

   Prawdziwość i rzetelność tej wiedzy gwarantują nam wielkie archeologiczne odkrycia i szeroko pojęta nauka - jakże dziś w mediach przemilczane, zakłamywane i ośmieszane. To jednak nie dziwi gdy ten tzw. cywilizowany Zachód albo jest w większości obojętny, albo wypiera się Boga i ostentacyjnie kpi sobie z Jego Prawa.

 

   Czy Bóg zawsze będzie pozwalał z siebie szydzić? Czy w końcu nie pozwoli, by wylała się na nas nasza własna nieprawość?

 

   Choć naszą stałą ludzką niegodziwość Miłość Boga zawsze będzie przewyższać, to jednak drugą jej stroną jest doskonała Sprawiedliwość. Gdybyśmy to my byli tak lekceważeni, obrażani, prześladowani czyż w swym poczuciu sprawiedliwości nie domagalibyśmy się kar? A Bóg Ojciec wciąż przyjmuje od Boga-Człowieka  stałą Ofiarę wynagradzającą za nieustanne nasze lekceważenie Jego Majestatu. Owszem na ogół chcemy korzystać z tej zapłaty Krwi Chrystusa, ale czy On sam nie jest dla nas obojętny, czy Nim samym nie gardzimy, nie lekceważymy? Czy pragniemy Go osobiście poznać takiego jakim jest? Rozważając przebieg męki Jezusa i to, co ją poprzedzało zauważyć powinniśmy, że tak umierać mógł jedynie On, w którym doskonale zespoliło się człowieczeństwo podatne na lęk i cierpienie z naturą Boga, którą inaczej nie można nazwać jak nieskończoną i niepojętą dla nas Miłością (Miłość to zatem natura, nie jeden z przymiotów Boga).

 

   Czy ktoś z nas potrafiłby wyjechać z miejsca w którym czuł się bardzo szczęśliwy, by żyć w pełni poświęcenia pośród straszliwego zepsucia, spodziewając się jedynie niewdzięczności, przy tym wiedząc, że czeka go straszliwa śmierć pośród niezliczonych form upokorzeń? Pośród lęku, cierpień, niewyobrażalnego bólu fizycznego, poczucia  opuszczenia i zdrady, przy tym mieć dla swoich katów tak wielką litość i przebaczenie, nie dopuszczając nawet złej myśli i wstawiać się za nich u Boga? Czcimy pamięć tylu bohaterów, ale kto z ludzi potrafiłby choćby w przybliżeniu tak się poświęcić, tak żyć i tak umrzeć? Zauważmy Jego wielką wrażliwość, niedościgłą łagodność, prawość, subtelność,  delikatność, współczucie, czułość przy męstwie nad męstwami. Czy znamy człowieka, który przewyższył by Jezusa wielkodusznością, męstwem, ofiarnością, oddaniem, odwagą, bohaterstwem, heroizmem, szlachetnością, dzielnością, poświęceniem, cierpliwością, wyrozumiałością, wspaniałomyślnością, dobrocią, pokorą...? Nie ma takiego i nie będzie. Gdzie są zatem Jego pomniki na głównych placach miast, gdzie Jego fankluby?  Ten właśnie Jezus Chrystus będący najdoskonalszym obrazem Boga Ojca, pomimo naszych ciągłych zdrad,  pomimo tego, że z Jego Ofiary nazbyt często szydzimy, odrzucamy, wyśmiewamy, a powszechnie lekceważymy, żerujemy na niej i kupczymy nią jak to się dzisiaj dzieje pośród chrześcijan (choćby przed świętami Bożego Narodzenia), wciąż  poszukuje z nami kontaktu.  Jego miłość jest niepojęta i niedościgła. Pomimo tego, że widzi naszą obłudę, zakłamanie, zdrady, egoizm i wszelkie rodzaje zła, które Go ranią niczym bicze, gorąco pragnie bliskiej więzi z nami, pragnie nam pomóc, wyzwolić, uzdrowić, pocieszyć, przyjąć, dać wieczne szczęście. Dlaczego? Dlaczego?

 

   Wszechmocny Bóg obdarza każdego człowieka swym całkowicie bezwarunkowym darem, jakim jest wolność wyboru. Jednak nasz wybór autonomii, niezależności, źle pojętej wolności nieskończenie przerasta możliwości naszego rozumu i władz duchowych. Człowiek nie jest w stanie samodzielnie iść przez życie nie gubiąc się, nie popełniając błędów, które jego samego niszczą i zniewalają. Z upływem czasu zło nawarstwia się, kolejnych wyborów nie dokonujemy już w pełni wolności lecz powodowani obawami, lękami, strachem, przypadkowo nabytymi przekonaniami, złymi doświadczeniami, zazdrością, zawiścią, żądzami, nienawiścią, zniewoleniami, zboczeniami itp.

 

    Człowiek bez wiary lub małej wiary jest słaby. A słaby staje się podejrzliwy i agresywny. To splot uprzedzeń, przesądów, kompleksów, obaw, urazów, pretensji, roszczeń, żalów. Staje się coraz bardziej nieufny, wszystkich podejrzewa, wszystko odczytuje jako próbę wykorzystania czy ataku na siebie. Na Boga również przez ten pryzmat patrzy.

 

   A Bóg znając tę naszą przeogromną słabość pragnie nam pomóc udzielając Daru wiary. Wiara nie opiera się na intelekcie, nie można do wiary przekonać, nie istnieje dzięki opieraniu się  wyłącznie na tradycji, rozpowszechnionych poglądach, czy zewnętrznych religijnych praktykach.  To czysty Dar darmo dawany każdemu z osobna według jego pragnień i dążeń. Wzrasta wyłącznie dzięki oddziaływaniu Ducha Świętego, poprzez osobiste doświadczenia duchowe, których nie sposób pojąć umysłem zanim się samemu ich nie doświadczy. Gdy ogłupiały świat gardzi i kpi z tego, co prawdziwie duchowe, my ufając zapragnijmy prawdziwej Wiary (która dyktuje nam czyny związane z dobrem wiecznym) i wzrastania w prawdziwej Miłości, szukajmy szczerze prawdy o sobie, porzućmy anarchię żyjąc według swoich pomysłów i poddajmy się prowadzeniu Boga, który pragnie jedynie naszego dobra i szczęścia. On poprowadzi nas właśnie ku tej Miłości, której podświadomie tak bardzo pragniemy, a nie rozpoznajemy.

 

   Cóż zatem, by nie pozostawać niedowiarkiem lub obojętnym - dla osobistego spotkania Osoby Boga i poznania Go możemy teraz uczynić? Starać się poznać najpierw nieco siebie, by móc uwolnić się od wszystkiego, co naszej percepcji i świadomości Go przesłania, by zapragnąć Jego Darów, których bez naszego szczerego pragnienia Bóg nam „wcisnąć” nie może. A dzięki temu będziemy mogli dostrzec i pozwolić „uruchomić” swój zapomniany, duchowy wymiar, którym w rzeczywistości jesteśmy, z którym winniśmy już teraz (w tym życiu) zacząć się utożsamiać. Wówczas można doświadczać szczęścia poznawania Osoby Boga nieskończenie przekraczającego wszelkie nasze wyobrażenia... 

 

   W podjęciu trudnej jednak decyzji wejścia na drogą poznawania siebie  przeszkodę stanowią te chwile czy sytuacje,  gdy czujemy się zakwestionowani prawdą o sobie, bo wówczas rodzi się pragnienie ucieczki. Czy może jednak człowiek  odkryć prawdziwą swoją wartość, własną godność, jeżeli woli uciekać od prawdy stosując mechanizmy  samookłamywania się (w psychologii znane jako mechanizmy obronne) dla budowania lepszego mniemania o sobie i doskonalić się jedynie w stwarzaniu dobrego wrażenia u innych?  

Jak przezwyciężyć to poczucie zakwestionowania, by móc szczere uznać prawdę o sobie w świetle doskonałych Bożych Przymiotów? Bezwzględnie trzeba pamiętać o Jego bezgranicznej Miłości do mnie, że jestem dla Niego tak niezwykle cenny, jakbym był jedyny na świecie.  I w tym poczuciu złożyć Mu ofiarę z uznania swojej małości i niezdolności do zrobienia z siebie czegokolwiek dobrego, by Mu się podobać. Oddanie siebie takiego jakim jestem, wyrażenie  pragnienia wyzwolenia z zagnieżdżonego zła i namiętności, pragnienia przemiany, by stać się takim, jakiego mnie pragnie widzieć, pragnienie osobistego, intymnego poznania Go takim, jakim jest w swej Istocie i ufne oczekiwanie pomocy  przynosi ukojenie i pokój. A z czasem, gdy zauważać będziemy Jego działanie w swoim życiu  - radość i szczęście. I pragnienie oddania, i poświęcenia się...

 

   A tej wolności, pokoju i radości ten świat pozorów dać nie może. Jednak rzadko kto dziś się na to decyduje... 

Stąd raczej nadziei, że ludzkość zawróci z obranej drogi samozatracenia, mieć już nie można. Wierni Bogu miłośnicy Życia w Nim i z Nim ratunku oczekiwać mogą jedynie w interwencji Stwórcy. Bo On tak nieskończenie cierpliwy, musi też mieć do nas bezmiar współczującej miłości, inaczej przecież nie pozwoliłby z Siebie tak szydzić! Zastanowić się jednak trzeba, co znaczy być „wiernym”? Bo przecież nie wystarczy samo uznawanie się za takiego – może to wręcz stanowić śmiertelne zagrożenie.

 

   By rozpoznać prawdę o sobie – jak Bóg mnie widzi, niezbędne jest wyzwolenie się z pod wpływów dziś już wszechobecnego, zabójczego ducha racjonalizmu, naturalizmu i modernizmu wzbudzających wątpliwości nie tylko w istnienie, ale i ciągłe nadprzyrodzone działanie Wszechmocnego Stwórcy, którego nie ogarnia Wszechświat, od którego dzieli nas pod każdym względem nieskończona przepaść. By do tego dojść trzeba nie siebie, nie swoje poznanie, nie swoje przekonania, nawet nie ideę Boga, a samą Osobę Boga postawić na pierwszym miejscu. Jest przecież nieskończenie bardziej tego wart, niż nawet cały Wszechświat, który stworzył.

 

   Zatem Osobę Boga – nie siebie dla lepszego samopoczucia, dla jakiejś samorealizacji, dla zabłyśnięcia, dla osiągnięcia wyższej pozycji społecznej. Sami z siebie nie jesteśmy jednak zdolni do głębszego poznania Tego, który zachowuje swoją Transcendencję, który jest odrębny od świata stworzonego, od tego, co możemy odbierać naszymi cielesnymi zmysłami. Tylko On może nam sam Siebie objawić. Cóż zatem? Co możemy sami zrobić, by On to nam uczynił? Możemy prosić już od teraz o łaskę zapragnięcia. Możemy podtrzymywać w sobie nadzieję szukając wokół wszystkiego, co o Nim mówi. Wszystko, co da Mu dowód  stałości w pragnieniu poznania Go, zbliżenia się i upodobnienia do Niego. Bóg będąc Duchem oddziałuje na nasz wymiar duchowy, na naszego ducha. Zatem zająć się trzeba tą własną, zapomnianą, zagłuszaną, nieśmiertelną, wyższą samoświadomością, która całkowicie ujawnia się dopiero po śmierci mózgu.

Gdyby udało się nam na nią już teraz przestawić, wtedy doświadczylibyśmy tej Prawdy, że poza wszelką naszą „wymiarowością” istnieje świat bezmasowy, niematerialny - duchowy. Nie jest on związany z materią i prawami ją wiążącymi (ale posiadający na nie wpływ), a jednak mający „WYMIARY”. To świat o wiele bardziej realny niż to, co odbiera nasz zmysł wzroku czy słuchu, a przetwarza mózg. Jakże często zmysły, uczucia i rozum nas mylą, jak choćby wtedy, gdy patrzymy na gwiazdy na niebie myśląc, że one tam teraz są. Jakże też złymi świadkami są oczy i uszy ludziom, którzy w swym wnętrzu są zepsuci. Tylko wyższą świadomością, czyli swym duchem można to pojąć, co dla rozumu pozostaje niepojęte, bo wydaje się głupstwem. Trzeba wyjść poza samoograniczanie się tymi wszystkimi biednymi ludzkimi naukami i spekulacjami, które niczego trwałego nie dają i otworzyć się na niepojęte szczęście doświadczenia Boga, poprzez zdecydowanie się na ponowne odkrycie niedocenianego i zatraconego swego wymiaru duchowego.  

Jak już była o tym mowa, Bóg w swej hojności każdego człowieka obdarza wielkim i bezwarunkowym darem wolności. Ta wolność jednak nas przerasta. To droga pełna trudów, ran, niepewności, lęków, nie akceptowanego cierpienia, które sami na siebie ściągamy. Często wytwarzamy sobie wówczas w swoim umyśle boga według swojego wyrachowanego serca, którego jakimiś formami swojej religijności próbujemy przekabacić, urobić, by nam błogosławił tzn. pomagał realizować te nasze pomysły, zachcianki i pragnienia. A powodowani jesteśmy najczęściej pragnieniem odniesienia w życiu sukcesu, byciu „kimś”, zdobycia podziwu, poklasku. Osiągamy  dobre samopoczucie dzięki wygraniu, dzięki złemu samopoczuciu innych. Pan Bóg kocha każdego z osobna, pragnie szczęścia wszystkich, dlatego znając tę naszą przeogromną słabość pragnie przemienić nasze serca, pomóc wyzwolić się z tych zgubnych pragnień, dać nowe, inne, doskonałe.  Nic nam nie nakazuje, ale możemy rozumiejąc to, że pragnie tylko naszego szczęścia (a nikt lepiej nie wie jak nas do niego doprowadzić) - poddać się Jego prowadzeniu. Choć odrywanie się od własnego egocentryzmu jest bolesne, to jednak z czasem zauważamy wyraźną przemianę. Zaczynamy unikać tego,  za czym dotąd goniliśmy, pragniemy zaś coraz mocniej tego, czym dotąd gardziliśmy. Tak odzyskujemy  wolność, zdrowie duchowe, moralne a nawet fizyczne. 

 

   Chyba nie ma nikogo, kto by nie dostrzegał, w jakim kryzysie pogrąża się Kościół Chrystusowy, tak bardzo pozwalając zarazić się światem. To nie dziwi, wszak był ustanowiony jeden, a Pan Jezus ostrzegał, że królestwo wewnętrznie podzielone nie może się ostać. Podział ten jest skutkiem ludzkiej pychy i egoizmu. Dokonał się najpierw w naszych sercach. Pomimo tak wielkiego zgorszenia, to jednak na tle wszystkich innych religii tylko religia chrześcijańska oferuje  możliwość nawiązania z Bogiem osobistego, intymnego, realnego kontaktu. O tym doskonale wiedzą tylko ci, którzy nie szukają wielkości w tym świecie, którzy nie pragną błyszczeć pośród innych, realizować się, spełniać, czuć się „kimś” w Kościele czy świecie, dystansować się od niżej postawionych w ludzkiej hierarchii. Lecz jak ich Jezus pragną być cichego i pokornego serca, dążą do jedności z Nim i w Nim z każdym, kto jest na to otwarty. To, że są to dziś raczej wyjątki nie zmienia faktu, że wszyscy jesteśmy do tego powołani.

 

   Czy jednak współcześni chrześcijanie (pośród których Jezus i Jego Nauka jest tematem tabu), nie stali się obojętni na Jego pragnienia, oczekiwania, cierpienia  (bo wciąż Mu są zadawane), nie zatracili znajomości Bożych duchowych Zasad, Bożego duchowego Prawa? Czy prowadzą autentyczne chrześcijańskie życie będąc rozróżnialni w pragnieniach, oczekiwaniach, dążeniach od ludzi tego świata, od innowierców, agnostyków i ateistów? Odróżniają się wyglądem zewnętrznym, skromnością, powściągliwością, życzliwością, szczególną uczciwością, bezinteresownością, ofiarnością…? Co współcześni chrześcijanie przyswoili sobie z Jezusa? Czy jest ich Bohaterem, jedynym Wzorem, najwyższym Autorytetem, niezrównanym Mistrzem? Zdaje się, że raczej pozwolili pochłonąć się przez wrogi Mu świat. Nawet nazywając się uczniami, uważając Go za Nauczyciela, nie dają się jednak Mu kształtować. W większości do końca życia pozostają sobą. I stają przed Nim na Sądzie wciąż obciążeni ludzką zepsutą naturą, z całym bagażem człowieka światowego, cielesnego i zmysłowego.

 

   Człowiek duchowy (czyli ten, który już przezwyciężył tę swoją cielesną naturę)  jednak nie gorszy się i nie zatrzymuje się na tym, co zewnętrzne. Pojmuje wewnętrzną istotę Kościoła, który założył Jezus. W Jego Kościele nic nie zginęło i nie zginie, jedynie dziś ludzie utracili obecność Kościoła w swych sercach. Wszystkie błędne doktryny i nauki,  które podszywają się pod Kościół, znów przeminą, tak jak przeminęło już wiele herezji, odstępstw i błędnych ideologii.  Świadomy człowiek dostrzega znaki czasu wskazujące, że wkrótce nic nie pozostanie z żadnej formy współczesnego ducha modernizmu, naturalizmu, sekularyzmu, zniknął podziały… Miary nieprawości dopełni rosnący w siłę ateizm  propagujący najgorszy z dotychczasowych kultów – własnego "ego" i ludzkiego rozumu oraz zdemonizowanie się ludzkości. Jak dla podobania się bogom dawny „prymitywny” człowiek starał się nad sobą pracować i panować, tak teraz pozbawiamy się jakichkolwiek hamulców i granic w samo deprawowaniu. Kult rozumu już doprowadził do usunięcia z przestrzeni społecznej „krępujące” Prawo Dekalogu i Boże prawo Miłości, ustanawiając to jedyne prawo – zadowolenie własnego „ego”. To ta siła dzisiaj porusza ludzką wolą (a miała ją poruszać moc Miłości - czerpana przez człowieka spragnionego Boga - darmo i bez ograniczeń mu udostępniona). I oto człowiek pochłonięty ciemnością swego umysłu  nie może już samodzielnie dostrzec, że w ten sposób miłość zastąpił żądzami, a te opanowują jego cielesność czyniąc rozwiązłym. I tak coraz częściej własne ciało staje się niby rozszalałe zwierzę, zabijając się samo.

Oddany materii, gardzący tym, co niematerialne, co jest w nim, w jego  przestrzeni duchowej - nie znajduje już wyjścia z tego straszliwego dla siebie położenia. I w tej dzisiejszej, nie odcinającej się wyraźnie od kompromisów ze złem, wrośniętej w ten świat religii chrześcijańskiej, dzieci Boże pozwoliły, by władzami ich duszy zawładnęła ich cielesność. W pogoni za ludzką chwałą, samozadowoleniem i strumieniem zmysłowych doznań, zatracili swe szczęście i najgłębszy sens swego życia  – dążenie i osiągnięcie pełni rozwoju duchowego. Nie rozumiejąc wielkości swego wybraństwa, dla własnej wygody lub dla usprawiedliwienia się we własnych oczach sami wprowadzają się i tkwią w ciemności błędu. Z takiego samozakłamania trudno jest wyjść, tym bardziej, gdy panuje przyjemny „duch megalomanii” i zasiedzenie się w zwyczajach czy tradycyjnie spędzanych świętach (kiedy brzuch staje się bogiem), kiedy przywiązujemy  większą wagę do pustych obrzędów i czynimy się niewolnikami bezdusznych formułek. Letni lub zimni nie czujemy pragnienia szukania Boga, zbliżania się do Niego, osobistego poznawania Go, oczyszczania się z siebie, by mogła rozwijać się Jego Miłość w nas. Wszystkie błędy chrześcijan wynikają z niedopuszczania tego do świadomości, a co za tym idzie z braku prawdziwej duchowości.  Duchowość chrześcijańska to wiara prawdziwie przeżywana i praktykowana. Najpiękniejsza jest wiara bez rozumowania, bez ludzkich kalkulacji, kiedy spontanicznie potrafimy i pragniemy dla upodobnienia się do swego Mistrza, ponosić tego konsekwencje. 

 

   Wszystko by się zmieniło, gdybyśmy tylko zechcieli uczyć się patrzeć na siebie, ludzi i świat jakby oczami coraz bardziej poznawanego Boga. To poznanie dałoby pewność, że istniejemy tylko dzięki ciągłemu oddziaływaniu Jego nieskończonej Miłości.   Pierwszorzędnym błędem jest patrzenie na siebie, ludzi i Boga poprzez ten dostrzegany wokół siebie świat pełen zła i cierpienia. Tak łatwo wówczas przychodzi nam obwinianie Boga o dopadające nas zło. A tymczasem od dzieciństwa programuje się nas, uczy rywalizacji, stwarzania pozorów, ukierunkowuje na odniesienie sukcesu – w domu, w szkole, w religiach, pośród rówieśników, poprzez media. Wpojono nam, że szczęście to sukces, a ten to wykształcenie, pieniądze, sława, wygląd, stanowisko, przywileje, prestiż, bycie ważnym, cenionym, szanowanym, lubianym, kochanym, spełnionym, używającym życia itd. I nawet w wyznawanej religii i dzięki religii chcielibyśmy odnieść sukces.

 

   Nazbyt często żyjemy według fałszywej wiary, która jest jedynie – jak to ktoś nazwał - bierną akceptacją konwencjonalnych opinii. Tak naprawdę zdecydowanej większości tzw. wierzących w Boga nie interesuje Bóg taki, jaki jest rzeczywiście w swej Istocie – Najwyższym Pięknem.  Sami na swoje własne wyobrażenie według swojego serca tworzymy sobie boga z własnymi wadami, którego można swoją religijnością, swoim pustosłowiem „urobić”, przekabacić, by sprzyjał naszym pragnieniom, realizował nasze pomysły na życie i zachcianki, naszym żądzom błogosławił, pomagał wygrywać w rywalizacji, byśmy mogli odnieść sukces (przecież kosztem innych), być długowiecznymi, żyć zawsze w zdrowiu i w dobrobycie, być kimś, wpływać (niby to pozytywnie) na innych. Bóg traktowany jest przez większość wyznawców, jak rodzaj bankomatu, trampoliny do wybicia się w tym świecie, podstawą dla piedestału, który sami sobie budujemy dla wyniesienia się nad innych, dla bycia wywyższonym, cenionym i podziwianym. Iluż jest też takich, którzy niewiele się po Bogu spodziewając, usiłują sami na Nim, na religijności innych uzyskać dla siebie korzyści.  Dotyczy to również tych zawodowo pobożnych, którzy uważają sami siebie za prawdę, za światło, którzy uznają stan innych za coś gorszego niż stan własny - traktowany jako wybraństwo i zaszczyt. Ale nie jako szczególny obowiązek szukania prawdy o sobie, by się ustawicznie  duchowo doskonalić – służąc przy tym całkowicie bezinteresownie i ofiarnie nie tyle ludziom, co każdej pojedynczej osobie. Uświadommy sobie, że jeszcze do niedawna żołnierze, strażacy, kolejarze, lekarze i pielęgniarki, duchowni czy urzędnicy państwowi (minister z łac. sługa) pełnili  s ł u ż b ę. Dziś to słowo stało się niemodne, prawie go nie słychać. To skutek dramatycznie zanikającej bezinteresowności, wielkoduszności,  zastępowanych "pracą" za którą otrzymuje się słuszne i należne wynagrodzenie. Gdzie się podziali  ci, którzy mieli mówić "słudzy nieużyteczni jesteśmy, uczyniliśmy tylko to, co należało uczynić...". Niemal wszyscy kierują się jakimś interesem, choćby „tylko” spełnieniem, samozadowoleniem, satysfakcją, poczuciem bycia „kimś”.

 

   Czy wiernym Bogu może być istota zajęta sobą, zajęta umacnianiem swojej pozycji, która szuka tak naprawdę nie Boga, a Jego kosztem swojej wielkości i chwały? Duch rywalizacji jest przeciwny miłości, zatem nie pochodzi od Boga - Miłości. Tak pojmowana religia staje się również jedynie jakimś rodzajem znieczulającej „morfiny”, która może i przynosi chwilową ulgę w cierpieniu powodowanym poczuciem przegranej z powodu utraty możliwości wynoszenia się nad innych. Ale złudzenia i żądze wciąż pozostają, rozwijają się i niszczą nas, nasze zdrowie, nasze relacje, nasze i innych życie, naszą ziemię. A gdy zło w tej powierzchownej religijności dopadnie nas osobiście, łatwo się wtedy buntujemy, Boga oskarżamy o swoje nieszczęścia, nazbyt często stając się buntownikami i Jego wrogami. Bóg prawdziwy znając doskonale człowieka wszystko uczynił (i czyni), by nas przebudzić, uwolnić, uzdrowić, co przy dobrej woli łatwo jest dostrzec.

 

   Lecz nic bez nas, tym bardziej, kiedy żyjąc w swej samowoli sami siebie czynimy bogiem. Dla osobistego spotkania i poznania Boga prawdziwego, takiego, jakim jest w Swej Istocie, trzeba szukanie Boga uczynić celem życia. Nie jest to nazbyt trudne, bo nie jest wbrew naszej wyższej naturze, nie jest wbrew naszemu sumieniu. Wręcz przeciwnie – sumienie staje się sprzymierzeńcem. Jesteśmy też częścią Natury w której panuje ład, harmonia, piękno. Mamy więc w sobie, w swoim sercu jakby wszczepione pragnienie piękna, dobra, ładu, harmonii, pokoju, miłości - jednym słowem - szczęścia. Czyż nie jest to Boże znamię odciśnięte w nas?

 

   Dzisiejszy świat jednak wszystko kwestionuje, upodobał sobie w dysharmonii, brzydocie, złu, myli Miłość z miłostkami ludzkimi, nawet z żądzami. To dlatego, że świat wzbrania się przed uznaniem Stwórcy, ignoruje Go i ośmiesza wiarę z taką skutecznością, że stał się tematem tabu nawet pośród tych, którzy twierdzą, że w Boga wierzą.  O Bogu, który jest samym Pięknem, Dobrem, Harmonią, Pokojem, Prawdą, Miłością, Przebaczeniem, Szczęściem, Ekstazą, Życiem… w towarzystwie tych, którzy nazywają się wierzącymi praktycznie się nie rozmawia.

Przy próbie nawiązania takiej rozmowy odczuć można atmosferę zażenowania, niechęci, lęku z powodu "psychicznego dyskomfortu".

 

   Człowiek o czystym sercu (wolnym od żądz) i zdrowym umyśle, nieuwiedzionym przez złe namiętności i ideologie, niezepsutym występkami, dostrzega w całej pewności istnienie i ciągłe działanie Boga nieskończenie kochającego swe stworzenie, a wiarygodność tego poznania jest tak zupełna, że nie można nie przyjąć i nie odpowiedzieć na tę Miłość.

 

   Osobiste doświadczenie Boga Żywego dające świadomość  istnienia w objęciu Jego Miłości powinno być jedyną siłą poruszającą naszą wolą – trzecią sferą naszej psychiki. Dzięki tej Sile nasza wola staje się potęgą. A jest słabością, gdy porusza ją satysfakcja, pycha, egoizm, spełnianie się, samozadowolenie, zawiść, złośliwość, żądze, lęki, obawy… i tysiące innych.

 

   Potrzeba zatem wniknąć głębiej w siebie, w swoją duszę i ducha, by móc otworzyć się na prawdziwego Boga, który obejmuje cały kosmos i jest nam bliższy, niż my sami sobie (kto doświadcza Boga w Eucharystii i w sobie pojmuje o czym mowa). Obecnie jednak, kiedy już chyba wszystko, co najcenniejsze w chrześcijaństwie jest kwestionowane pod pozorem dobra, pod pozorem dostosowywania do współczesności, potrzeba odkryć Prawdę na nowo. Chrześcijańska wiedza o Stworzycielu wszystkiego, co istnieje, nie jest owocem myśli ludzkiej (ta właśnie przesłania Prawdę), a Jego Objawienia, ciągłego działania, nieustannej Ofiary. To dzięki temu poznajemy Boga, a poznając Go stajemy się zdolni poznać siebie oraz wejść na drogę przemiany otwierając się na Jego  uzdrawianie, Jego pomoc... A choćby jedno doświadczenie Jego Obecności wprowadza w zachwyt, ekstazę, daje poczucie większego szczęścia, niż to, które poczulibyśmy, gdyby w jednej chwili spełniły się wszystkie nasze marzenia - i dużo więcej. Dla tego, kto tego doświadcza, czy może wzbudzać wątpliwości poniższy cytat?:

 

„MOJE SERCE JEST PŁONĄCYM OŚRODKIEM MIŁOŚCI: JEGO CENTRUM! (…) JEŚLI POZOSTAJESZ NA ZEWNĄTRZ, MOŻESZ PODZIWIAĆ Z DALEKA, JEŚLI WEJDZIESZ DO ŚRODKA, ZAKOSZTUJESZ  NIEZGŁĘBIONE I NIESKOŃCZONE PIĘKNO. JEGO BOGACTWA WYKRACZAJĄ POZA WSZELKIE WYOBRAŻENIE. REZERWUJĘ JE DLA TYCH, KTÓRZY POTRAFIĄ JE DOCENIĆ.” (Orędzie Miłosiernej Miłości 270778)

 

   Największym nieszczęściem człowieka jest to, że nie potrafi kochać. Nieszczęściem jest złudzenie samowystarczalności. Nieszczęściem jest to, że nie potrafi szczerze, w świadomości swej małości zwracać się do Boga prosząc i oczekując o wiele więcej niż tylko tego, co przemijające.

Zatem zwrócić się do Boga to szczerze i ufnie stanąć przed Nim w świadomości Jego Obecności i mówić wprost od serca,  to medytacja nad Bożym Słowem, by Go poznać, to kontemplacja Boga w ciszy. Duchowa kontemplacja Boga jest najwyższą nauką, najwyższą Teologią, nieskończenie większą niż samo poznanie intelektualne.  Próżna chwała - dla której żyje zdecydowana większość ludzi twierdzących, że w Boga wierzą - jest jakby zasłoną na umyśle. A przecież potrzeba wznieść się świadomością jeszcze wyżej, bo sam nasz umysł nie pojmuje rzeczywistości duchowych, raczej głupstwem mu się to wydaje. Nieskończone możliwości otwierają się zaś przed każdym, kto w otwartości serca wchodzi na drogę Prawdy o sobie, bo tylko w miłości do Prawdy otwierają się oczy. Jedynym prawdziwym szczęściem człowieka na tej ziemi jest duchowe odkrywanie, doświadczanie, poznawanie, podziwianie prawdziwego, Żywego BOGA – niepojętą MIŁOŚĆ.

Jedyną Ideą człowieka w pełni świadomego otaczającej nas rzeczywistości jest  walka o tryumf Miłości na ziemi zamieszkałej przez niewolników swych namiętności i szatana.  Idea ta jest ponadczasowa, a skutkuje na wieczność.                  

Potrzeba zatem teraz przy pomocy dobrej woli zacząć po kolei weryfikować całą swoją wiarę czy niewiarę, swoje rozumienie i zdolność miłości...

 

 

„SAM JESTEŚ NICZYM.  JESTEŚ  BIEDNYM  STWORZENIEM, O KTÓREGO WARTOŚCI  STANOWI  JEDYNIE TWOJA MIŁOŚĆ.  NIE MASZ INNYCH ZASŁUG.  MIŁOŚĆ I PRAGNIENIE BYCIA DLA INNYCH: WYNIK MIŁOŚCI DO TWEGO BOGA. TO PRZYCZYNA TWEGO ISTNIENIA”.

 

„ZAPANOWAŁBY WSZECHŚWIAT POKOJU I RADOŚCI, GDYBY LUDZIE GO NIE ODPYCHALI, GDYBY LUDZIE NIM NIE POGARDZALI, GDYBY LUDZIE GO PRZYJMOWALI I POZWALALI MU NA ROZSZERZANIE W NICH I WOKÓŁ NICH PROMIENNEGO ŚWIATŁA. MIŁOŚĆ, ŹRÓDŁO RADOŚCI, OCEAN ROZKOSZY - NIEZROZUMIANA. (…)  MIŁOŚĆ ŚPIEWA, PŁACZE PROSI I BŁAGA. MIŁOŚĆ WZYWA! MIŁOŚĆ STALE PONAWIA WYSIŁKI I NIGDY NIE ZGADZA SIĘ BYĆ ZWYCIĘŻONĄ PRZEZ NIEZROZUMIENIE. CZY ROZUMIESZ?”.  (…) (OMM 160877)

 

 

W oparach iluzji czy na drodze Prawdy i Życia?  
Autentyczne życie wiary  czy tradycyjne obrzędy i zwyczaje?

2019/10/25
Orędzie Królowej Pokoju z Medziugorje

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                               br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

  AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 028041