O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

PODSTRONA W  BUDOWIE

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

Wszystkie części: https://odrodzedoprawdy.pl/dowody-na-istnienie-boga

 

 

   Postęp naukowy?

 

   Im więcej poznajemy, im więcej ta nasza ludzka nauka odkrywa, tym bardziej nam się sprawy gmatwają. Zamiast coraz mniej, powstaje coraz więcej  pytań, na które nie ma odpowiedzi.

Odtrąbiono wielki tryumf nauki - poznanie ludzkiego DNA. Ogłoszono, że człowiek dzięki temu będzie mógł leczyć choroby i osiągnąć nieśmiertelność. Zaczęto tworzyć jakby mapę DNA, co jednak - jak się wkrótce okazało, właściwie niczego konkretnego nie przyniosło. Bo jak się za jej pomocą poruszać, gdy nie wiadomo, które drogi są otwarte, a które zamknięte, jaka jest ich przepustowość, jak, kiedy i dlaczego to się zmienia? Kto i na jakiej podstawie o tym decyduje?  Nawet to, co uznano za pewnik, okazuje się teraz często błędne. Nie wiemy na dzień dzisiejszy nie tylko czym tak naprawdę jest życie (wciąż nie udaje się tego choćby jakoś zdefiniować), ale również np. czym jest materia (na dodatek odkryto antymaterię, a przewiduje się istnienie ciemnej materii), czym próżnia (okazuje się, że całkowicie pusta przestrzeń w ogóle nie istnieje), czym energia, a cóż powiedzieć o polach kwantowych, oddziaływaniach, cząstkach wirtualnych… Okazuje się, że nawet struktura i własności martwej materii są niezwykle skomplikowane, i  nie ma tu przypadku, zbiegu okoliczności, chaosu.

W umyśle człowieka otwartego na prawdę ukazuje się jakże doskonale i przemyślnie ułożona konstrukcja mikro i makro wszechświata podległa ustanowionym niezwykle precyzyjnym prawom, wyliczalna matematycznie, o niepojętych możliwościach.

 

   Nie umielibyśmy sobie wyobrazić, jak potężne siły drzemią w tak niezmiernie, niewyobrażalnie małym jądrze atomu (10-12 mm, czyli 0,000000000001 mm), gdyby nie to, że ludzkość ich skutków już doświadczyła w postaci bomby atomowej, czy po awariach w elektrowniach atomowych.  Są przesłanki na to, że cząsteczki uznane dziś za elementarne nie są wcale elementarne, a energie tam drzemiące niewyobrażalne. Wszak źródłem energii gwiazd jest nie co innego, jak energia cząstek elementarnych z których składa się wszelka materia.

 

   Choć odkrywa się istnienie we Wszechświecie, to jednak nie pojmuje natury pewnych cząstek o masie bliskiej zeru lub całkiem pozbawionych masy spoczynkowej(!), jak fotony, bozony, gluony czy neutrina, które są tak przenikliwe (o wiele bardziej od fotonów światła), że jakakolwiek materia nie stanowi dla nich prawie żadnej przeszkody. Przez 1cm2 powierzchni naszej Ziemi, a więc i na wskroś przez nas przelatuje ok. 65 mld neutrin na sekundę.  Nic we wszechświecie nie jest bez znaczenia, czemu zatem służą tak ulotne cząstki jak neutrina? Tego wciąż nie wiadomo. Wiadomo już jedynie, że nie czegoś takiego, jak próżnia. 

Dzięki wyliczeniom matematycznym przewidziano istnienie - jak ją się określa - boskiej cząstki, która bezmasowym cząstkom nadaje masę. W roku 2013 została ona doświadczalnie „odkryta” -  nazwano ją bozonem Higgsa.  Czy nie można na podstawie tej wiedzy wysnuć wniosku, że istota świata fizycznego nie jest wcale fizyczna? Że również cząstki bezmasowe mogą mieć skomplikowane struktury? Czyż nie szuka się potwierdzenia istnienia tzw. cząstek wirtualnych? Czy zatem nie dochodzimy do miejsca, gdzie materia graniczy ze światem, który w różnych religiach określa się mianem… "duchowy"? A przecież są na ten temat racjonalne naukowe badania i opracowania. Czy to nie dziwne, że współczesny człowiek odkrywa budowę i własności cząsteczek niematerialnych, istnienie świadomości poza swym ciałem, a nie bierze pod uwagę możliwości istnienia rzeczywistości nazywanych duchowymi czy nadprzyrodzonymi?

 

    Gdyby tego świata niematerialnego, duchowego, nadprzyrodzonego nie wykluczano z góry (z powodów błędnie pojmowanego racjonalizmu i uprzedzeń ideologicznych), nie negowano na siłę - nawet wbrew odkryciom naukowym, o wiele dalej posunęłaby się ludzka cywilizacja. Najwięksi naukowcy, największe mózgi usiłując dopasować do siebie pomiary, obserwacje i poznane prawa, wymyślają teorie, dywagują nad kształtem, wymiarami, ilością czasoprzestrzeni, nie mogąc wyjść umysłem całkiem poza granice tych materialnych praw w jakich żyjemy, poza wszelkie materialne „wymiary”. Czy naprawdę łatwiej jest wierzyć w to, że tak niepojęcie złożone żywe komórki samoczynnie zrodziły się gdzieś w kosmosie z pyłu powstałego bo wybuchu gwiazdy rozgrzanej do milionów stopni w niewyobrażalnym ciśnieniu, po czym w jakiejś naturalnej kapsule pokonały temperaturę ziemskiej atmosfery i wylądowały bezpiecznie na ziemi, niż uznać za oczywistość to, że Ktoś niezwykle inteligentny w sposób dla nas nadprzyrodzony to wszystko świadomie i celowo utworzył?

 

Spróbujmy uchwycić się Prawdy... 

 

 

   Spójrzmy na ten widoczny na niebie, w sumie bardzo niewielki wycinek Wszechświata sprzed miliardów lat. Poczujmy tę nieskończoną przepaść dzielącą nas od bezmiaru owej Inteligentnej "Osobliwości" od której pochodzi życie i tak niepojęty Wszechświat, który wszak tej Inteligencji nie może ogarniać ani zawierać. Wręcz przeciwnie, wciąż musi pozostawać w Jej Mocy (np. wystarczyłaby sama minimalna matematyczna zmiana wielkości fizycznej scalającej jądra atomów, by spowodować rozpad materii i zaniknięcie całego Wszechświata).

 

   Takie rozważania mogą pomóc nam otrząsnąć się z megalomanii, z zafałszowanego obrazu samego siebie, z poczucia własnej wielkości i mądrości, z zarozumiałości, ze straszliwego zadufania w sobie. Bo właśnie to wraz z małostkowością, z krótkowzrocznością, z samoograniczaniem perspektywicznego myślenia jest przyczyną zafałszowanego odbioru rzeczywistości, braku zrozumienia i ignorancji. Dlaczego w tym naszym świecie, tak bardzo gloryfikuje się jakiegoś człowieka, który z wielkim mozołem, często całkiem przypadkiem odkrył coś istniejącego od miliardów lat, przy tym nie potrafiąc dostrzec Twórcy Wszechświata i wyciągnąć wniosku o wręcz nieskończonej przepaści, jaka nas dzieli od Jego przerażającej wręcz Energii, Wszechpotęgi, Wszechmocy, Wszechwiedzy?!

Albo może raczej wielcy we własnych oczach, podświadomie to czują, ale ta niepojęta dla ich rozumu Jego Potęga jest nie do przyjęcia?  Czego jednak można się spodziewać po kimś, kto uznaje tylko siebie, swój rozum, kto wszystko osądza według własnej mikroskopijnej miary? Wskutek dzisiejszego rozwoju nauki, uznający się za sceptyków, niewierzących czy ateistów muszą chcianą ślepotą i głuchotą, oszukiwaniem się i ogłupianiem podtrzymywać swą wiarę w nieistnienie Kreatora, Projektanta, Architekta, Konstruktora, Programisty…w ogóle doskonałego Stwórcy wszystkiego. Więc zamiast Go negować, niedowierzać, kpić w swojej bezsilności i buncie, powinniśmy otrząsnąć się z tego zaślepienia, w jakie popadamy za sprawą panującej fałszywej światowej poprawności i nie wychodzić z podziwu, zachwytu, fascynacji, zauroczenia…,i otoczyć chwałą i czcią tę niezwykłą osobową Inteligencję, którą rodzaj ludzki od swych początków nazywa Bogiem.

 

   Powyższy wniosek, wobec wszystkich przytoczonych tu naukowych faktów, jest przecież jak najbardziej racjonalny. To, że Stwórca pozwala nam, byśmy Go tak lekceważąco i arogancko traktowali jest dowodem na absolutną wolność, jaką przez Niego jesteśmy obdarzeni. Tylko, co myśmy z nią zrobili? Sami w jakże żałosny sposób ogłupiamy się i zniewalamy wszelkimi holizmami i maniami, usiłując usuwać ze świadomości nawet sam fakt, że nie chcemy nic o Nim wiedzieć, nie chcemy Go poznać i znać!  Wolimy wpaść w depresję, rozpacz, popełnić samobójstwo, niż uwierzyć i zawierzyć Bogu. Ratujemy się przed Bogiem uciekając w szaleństwo wszelkich emocji przesłaniających naszą świadomość. Obecnie niemal całą „cywilizowaną” ludzkość ogarnia jakby szał pogoni za  chwilowymi, złudnymi atrakcjami, które nigdy i w niczym nie mogą nas zaspokoić.

Czy tak trudno uzmysłowić sobie, że tak wspaniały, pełen majestatu i dobroci Stwórca wszystkiego mógłby stanowić dla nas największą z możliwych „Atrakcję”? Zmanipulowani przez świat wymigujemy się, nie chcemy nawet spojrzeć na Prawdę! Czy taką postawę można nazwać mądrością rodzaju ludzkiego?  Trwanie w  wyimaginowanej megalomanii i faktycznej  niechęci do poznania Osoby Boga, jakże żałośnie pomniejsza nasze człowieczeństwo. 

 

   Skąd się bierze tak wielka nasza ułomność? Najogólniej mówiąc z powodu naszego egocentryzmu, naszej miłości własnej obiektywna Prawda (Jego Prawda) nie jest dla nas priorytetem, nie interesuje nas. Wymagała by bowiem od nas uniżenia naszego ego. Stąd też nie możemy na nią się otworzyć, uważamy to za zbyt trudne, albo też wręcz nie chcemy jej znać (przez bardziej lub mniej świadomy wybór fałszu).

 

   Zauważmy, że gdybyśmy Prawdy poszukiwali uczciwie i szczerze, byłaby już uznana odnośnie istnienia niepojętego Boga - ukazując Go jako początek. Stałaby się niezmiernie ważna celem dojścia do pewności wiedzy, czy jest On również wspaniałym kresem wszystkiego oraz poznania konsekwencji lekceważenia swoich powinności względem Niego i pozostawania nazbyt obojętnym.

 

A doszlibyśmy do tego odkrywając prawdę względem siebie.

Dałaby nam ona poznanie swoich uprzedzeń, błędnych przekonań, wiedzę na temat egoistycznej miłości własnej skutkującej wielorakimi mechanizmami samooszukiwania się wplątującymi nas samych w zło, swoim bardziej lub mniej skrywanym przed sobą upodobaniem we wpatrywanie się w zło innych dla ratowania siebie we własnych oczach. Dałaby nam poznanie swoich własnych braków, wad, ociężałości, lenistwa, hipokryzji, moralnej ułomności, nieumiejętności, arogancji, zarozumialstwa, zdradliwości, zagnieżdżonego zła, zepsucia, namiętności, żądz, zniewoleń, zmienności, złośliwości, ducha przekory, małostkowości, jakże często subtelnie ukrytej zazdrości, wpływu zawiedzionych ambicji... czy choćby duchowego lenistwa. To wszystko niczym filtry przesłaniają światło Prawdy.  Uciekamy od tego Światła w ciemności, by samemu nie dostrzec Prawdy o sobie. Sami sobie w swojej wyobraźni tworzymy własną "prawdę". 

 

   Stąd nazbyt często zakłamuje się lub myli  Prawdę z błędem. Często uznajemy, że cenimy prawdę, ale szukamy jej jedynie na tyle, na ile schlebia to miłości własnej. Czy jest ktoś od tego wolny? Gdybyśmy naprawdę Prawdy poszukiwali, szczerze pragnęli ją posiąść, z całą pewnością dałaby odpowiedź, jak w tym stanie odzyskać wewnętrzną wolność, pokój, harmonię, upodobanie w pięknie i powszechnym dobru. Powiedziałaby kim jestem, dlaczego w ogóle jestem, kto dał mi istnienie i w jakim celu. Powiedziałaby o prawach jakie ma wobec nas Bóg. O tym, że świat do Boga – jego Stwórcy przynależy, a my go sobie przywłaszczamy. Ale my najczęściej nie chcemy tego wiedzieć lub nie wiemy, bo pozwalamy, by rzeczywistość przesłaniały nam złudzenia. Śpimy na jawie, gonimy za odciągającą od Prawdy, a wyświetlaną przez ten świat fatamorganą, która zawsze prędzej czy później rozwiewa się… odsłaniając przerażającą pustkę rodzącą paniczny wręcz strach.

 

   I w końcu Prawda względem drugich uczyłaby jak stawać się sprawiedliwym, wyrozumiałym poprzez odrywanie tego zakłamującego rzeczywistość skupienia na sobie i oceniania wszystkiego według siebie, jakbyśmy byli centrum wszechświata, najwyższymi na świecie moralnymi autorytetami. Podczas gdy w swej nieskończonej słabości radzimy sobie z sobą jedynie poprzez unikanie życia świadomego, usprawiedliwianie swoich błędów, bagatelizowanie braków, innych zaś wyszukiwanie i wyolbrzymianie. Stawanie świadomością w tej, choć tak bardzo trudnej dla siebie Prawdzie, byłoby jednak wyzwalające, wyrabiałoby w nas szlachetny charakter, uczyło być sprawiedliwym, uczciwym, wielkodusznym, wspaniałomyślnym, ofiarnym, cierpliwym...  w dążeniu do powszechnego pokoju i jedności, w której każdy odnajdzie swoje własne prawdziwe dobro, jakiego najpewniej chce dla nas i od nas Ten, Który jawić się nam powinien, jako Pasjonat wszelkiego stworzenia. A do tego doszlibyśmy choćby zgłębiając to, co tu zostało przedstawione.

 

   Dla uświadomienia sobie najgłębszych przyczyn tego wszystkiego zauważmy, że w tym naszym dzisiejszym świecie, takim swoistym eterem w środowisku którego wzrastamy, którym oddychamy, w którym czy chcemy czy nie chcemy żyjemy - jest szczególnie silna mieszanina egoizmu i pychy. Nie mając ustanowionego właściwego punktu odniesienia, nie mając innych wzorców jak to, co podsuwa ten świat, nie zauważamy powiększania się i naszego skupienia na sobie. Pod płaszczykiem „dobra” liczy się  coraz bardziej jedynie własna, osobista korzyść traktowana jako osobiste „dobro”. Stajemy się w swoim myśleniu jak ten żalący się mizantrop:  „Wszyscy ludzie to straszni egoiści, myślą tylko o sobie. O mnie myślę tylko ja sam jeden na całym świecie!”.

I im bardziej rozrasta się w świecie szczególnie trujący opar pretensjonalno-roszczeniowego stylu życia, tym coraz silniej domagamy się prawa realizacji swoich pragnień, ambicji, namiętności, żądz. Dążymy do wszelkich form dominacji (władzy, posiadania, użycia, znaczenia, szpanowania), współzawodniczymy ze sobą nawzajem, walczymy o  zaistnienie, o bycie „KIMŚ” w tym coraz bardziej zepsutym świecie!

   

   A to oznacza potrzebę odczucia i ukazania kontrastu dzielącego mnie od ciebie. Ja mam  coś, czego ty nie masz!  Ja jestem kimś, kim ty nie jesteś! Zdobyłem to, czego tobie nie udało się zdobyć, osiągnąłem coś, czego ty nie osiągnąłeś, jestem chwalony i podziwiany, ty odrzucony i bez szans, jestem zwycięzcą - ty przegranym itd. Okrutna, niszcząca naszą delikatną psychikę powszechna, obrzydliwa rywalizacja. Hołdujemy tej zasadzie, że im bardziej ktoś w moich oczach jest nikim, tym bardziej ja czuję się KIMŚ! Dzięki zwycięstwom nad gorszymi co prawda nie cierpimy na niską samoocenę, ale na coś gorszego, jeszcze bardziej zabójczego - nieuświadomioną pychę i egoizm. Skutek tego - jak się dziś słyszy, jest już taki, że młodzi ludzie czując się emocjonalnie i duchowo przegrani, a nie mogąc poradzić sobie z tym wszystkim proszą o eutanazję (Holandia i Dania).

 

  Silniejsi zaś walczą dalej o odczuwanie przyjemnego ciepełka na tajemny głos dochodzący ze swego wnętrza: „jestem kimś lepszym”. Czujemy się usatysfakcjonowani, gdy tylko możemy  podkreślić różnicę pomiędzy sobą a innymi,  mogąc stwarzać dystans w stosunku do gorszych. Szybko staje się to jednak emocjonalnym narkotykiem, od którego  uzależniamy się. W tej pogoni świat staje się coraz bardziej szalony. Wszak ostatecznie wszyscy skazani są na porażkę, gdyż każdy bez wyjątku w końcu spotyka lepszych od siebie, młodszych, ambitniejszych, zaradniejszych, bezwzględniejszych, umysłowo i fizycznie sprawniejszych itp. Ale dopóki możemy, za wszelką cenę usiłujemy stwarzać w sobie swój własny świat pozorów i złudzeń. Nie chcemy żyć w rzeczywistości, nie chcemy żyć w prawdzie, nie chcemy nawet poznać innego sposobu życia - w wolności od tego świata.  A może jednak?

 

   Jakże logika tego świata pogubiła się wychodząc z założenia, że jedynym kryterium prawdy jest ludzki rozum. Stąd głosi się powszechnie, iż nie ma jednej, uniwersalnej Prawdy. Gdy tymczasem ta właśnie Prawda nieustannie w głębi nas wrze. To ona odbiera spokój, paraliżuje, pogrąża w lękach, bólach, depresjach, rozpaczy, poczuciu samotności i pustki, gdy własne myśli udręczają...

A dotyczy to wszystkich, również tych, którzy zdobyli sławę, pieniądze czy władzę. Możemy na różne sposoby zagłuszać, zakłamywać swoją świadomość i łudzić się do czasu, aż jakaś życiowa klęska coś nam uprzytomni, aż śmierć zajrzy nam prosto w oczy albo… spróbować rozpoznać tę jedyną Prawdę już teraz…

 

   Czy nie jest zastanawiające to, że wielu prostych ludzi nie potrzebuje żadnych dowodów naukowych, żeby mieć wiedzę, nawet całkowitą pewność istnienia tak wspaniałego Boga, który nie takie życie nam przygotował, którego Nauka i działająca moc pozwala nam wyzwolić się z tych kajdan? Dla których Bóg jest rzeczywistością, a nie legendą czy fikcją? Ludzie posiadający wykształcenie, uznający się za światłych, mądrych, tym bardziej powinni żyć tą Rzeczywistością, a przecież w większości nie potrafią się na to zdobyć.

Znany światowej sławy francuski naukowiec Ludwik Pasteur stwierdził: „Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”

 

   Czym jednak jest ta prawdziwa wiedza dająca mądrość? Czy tylko intelektualnym, książkowym poznaniem? Czy gwarancją jej posiadania jest uzyskany dyplom i wysokie stanowisko w ludzkiej hierarchii? Czy nie ogranicza jej zarozumiałość, zadufanie w sobie tym bardziej rosnące, im więcej porównujemy się i stwarzamy dystans w stosunku do gorszych w swoim mniemaniu? Ludzie jednak niezwykle mało różnią się od siebie wobec bezmiaru Boga. Jakże przecież czujemy się nieporadni, przepełnieni strachem wobec potęgi żywiołów, czy choćby malutcy wobec majestatu gór czy oceanów. Jaki majestat roztacza się przed nami, gdy wpatrujemy się w rozgwieżdżone niebo i rozważamy nieskończoność kosmosu, oraz kruchość naszego życia. Sama przedstawiona tu tylko pobieżnie potęga makrokosmosu, gdy się w nią bardziej samemu wgłębić wręcz przeraża, z wrażenia, jakie jest wywoływane aż ciarki przechodzą po ciele. Potrafiąc dostrzegać i podziwiać precyzję, delikatność,  subtelność, małość mikroświata oraz piękno natury można doświadczyć cudownych wrażeń. Takie zaś wrażenia, takie doświadczenia też dają wiedzę. Również wiedzę jak to, co odbieramy naszymi zmysłami i w jaki sposób odczuwamy  musi odzwierciedlać niepojętą dla nas wrażliwość, delikatność, zatem i łagodność Stwórcy. Również jak przerażający Majestat musi mieć Pan Wszechświata, którego tenże Wszechświat nie może ogarniać! Dlaczego tak bardzo pozostajemy obojętni na te ukazujące się nam Jego przymioty? Dlaczego nie chcemy o Nim nic wiedzieć, lekceważymy, śmiemy wręcz gardzić Nim, gdy nieskończenie bardziej od wszystkich ludzkich dzieł zasługuje na fascynację, na podziw?! Czym lub kim można aż tak się zauroczyć?  Wszystko, za czym ludzie tak gonią szybko przemija. Sami jesteśmy tylko zagubionym gdzieś we Wszechświecie chwilowo istniejącym zlepkiem atomów. Jakże inaczej podchodzą do życia ci, którzy nie z tym zlepkiem atomów się utożsamiają lecz ze swoim wymiarem duchowym, nieśmiertelnym - ze swoim duchem i duszą. Tę ich egzystencję na tej ziemi przesłania już inne Życie - niezależne od życia w materii. Materia ciała staje się wówczas nawet zbędnym i przeszkadzającym balastem dla Życia. 

 

   Gdyby wszyscy ludzie doszli do świadomości istnienia nieskończonej przepaści dzielącej nas od przeraźliwej i potwornej wręcz Wszechpotęgi Stwórcy (bo jakie inne słowo mogłoby być adekwatne, gdyby zechciał się w całej pełni nam objawić?), zniknęłaby przyczyna naszej ludzkiej nieskończonej pychy i wszechobecnego egoizmu wprowadzającego na świat tak wielki nieład, chaos i tyle nieszczęść.

Czyż piękno i wspaniałość Wszechświata, a w nim przyrody na tej naszej małej planecie nie jest wyraźną wskazówką Jego  stosunku do nas?  Skoro Stwórca Wszechświata ustanowił prawa kwantowe, prawa fizyczne, prawa przyrody, instynkty, to mógłby nie ustanowić dla swych inteligentnych duchowych stworzeń praw moralnych, byśmy nie wyniszczyli wszystkiego, co On uczynił, a w swym szaleństwie i samych siebie? Pomimo ustanowienia ich i dania nam, my wciąż coraz bardziej niweczymy w sobie zdolność  pojmowania dobra.   Wypaczamy je ukierunkowując na samych siebie, kierując się swoim własnym prawem zadowolenia własnego „ja”, własnego ego.

   

   Czy to, jak dzisiaj żyjemy, jaką mamy moralność, jest zgodne z tym, czego Stwórca oczekuje? Odpowiedź na to pytanie jest nieskończenie ważniejsza od naukowego poznawania świata, od postępu cywilizacyjnego i technologicznego. 

 

    Zatem istnienie Najwyższej Inteligencji, Stwórcy wszystkiego, Pana Wszechświata, Boga - dzięki istniejącym już technologiom i postępowi naukowemu oraz zdolności do dedukcji, do wnioskowania - powinno zostać już uznane za pewnik przez wszystkie uczciwie myślące osoby. Jednak wydaje się, że jak wielu jest ludzi uznających istnienie Boga, tak wiele jest o Nim wyobrażeń.  Wojny i mordy religijne, nawet brak jedności myśli w poszczególnych wierzeniach w jednego Boga wskazują, że jednak mamy poważny problemem z poznaniem Go – Kim, jakim On naprawdę jest. Jawi się, jako Istota tak Nieogarniona, Niepojęta, Wszechpotężna, Bezmiar, w którym zawiera się bezmiar kosmosu, że wydaje się, że istniejemy w Nim. Jak On się nam jednak objawia, jak ujawnia? Czy puścił wszystko w ruch i już się nami nie interesuje? A może w którejś (albo w jakiejś różnej mierze we wszystkich) z dzisiejszych wierzeń bardziej jest poznany? Nie wnikając w doktryny, a jedynie przyglądając się różnym współczesnym praktykom religijnym można odnieść wrażenie, że ludzie nie szukają poznania samej Osoby Boga, by Go odkrywać takiego jakim jest. Raczej sprowadzają GO do swojego poziomu. W swej podświadomości czynią więc sami sobie takiego boga jakiego potrzebują. Wówczas kult sprowadza się do obłaskawiania wyimaginowanego boga, by móc go niejako używać do spełniania własnych pomysłów na życie i zachcianek powstających najczęściej na bazie powszechnej rywalizacji. Przy takiej zaś postawie w rzeczywistości stawiamy się ponad BOGIEM. Tymczasem rozum powinien podpowiadać, że skoro powołał nas z nicości do istnienia, to może jednak dla Samego Siebie, dla Swojego celu! Że to my istniejemy dla Niego, a nie On dla nas. Niektórzy sądzą, że owszem stworzył nas, ale nie interesuje się zbytnio nami, stąd jest tyle zła na świecie.

 

   Zatem milczy czy wciąż jest aktywny i działa? A jeżeli działa to zawsze poza naszą świadomością czy też w stosunku do niektórych osób jawnie wyrażając swoje oczekiwania?  Jak nas widzi, co o nas sądzi, czego oczekuje, jakie ma plany? Czyżby tak doskonały Stwórca wszystkiego, to akurat przeoczył lub świadomie nie uzdolnił nas do poznawania Go? Nie wydaje się, by wCzy Chrystus znajdzie jeszcze wiarę na Ziemi gdy powróci?obec Jego dostrzegalnej przez nas doskonałości i precyzji mogło tak być. Prędzej trzeba by uznać, że przyczyna leży w nas, że to my zeszliśmy z Bożych dróg i zagubiliśmy je w swym egocentryzmie. Człowiekowi wydaje się, że myśli i działa sam z siebie. Zawsze jednak wynika to z wcześniejszego doświadczenia, z przypadkowego wpływu czegoś lub kogoś. Poza nielicznymi wyjątkami jest to wpływ tego wszystkiego, co cenione jest przez ten nasz świat. Świat zaś nie ma upodobania w tym, co liczy się u BOGA, zatem odrzuca BOGA i to, co On nam przekazuje dla naszego dobra. Co BÓG może myśleć o  takiej postawie świata? Jest nieczuły na zniewagi czy wrażliwy. Wzbudza u Niego litość czy gniew i  wrogość. Jest obojętny  czy mnoży znaki i przesłania?

 

    Do dziś rozpoznano setki cząstek elementarnych, z których zbudowana jest materia, lecz występowanie regularności pomiędzy nimi doprowadziło uczonych do twierdzenia, że składają się one z jeszcze mniejszych cząstek. Te nazwano „fundamentalnymi, gdyż na nich - jak się uważa, świat jest zbudowany. Doskonale to sformułowanie współgra z pewnym stwierdzeniem w najbardziej na świecie rozpowszechnionej księdze - Biblii… Istnieje na świecie wiele mądrych ksiąg, jednak ta, bez żadnego porównania, miała i ma bezwzględnie największy wpływ na ludzkość. Również uznające się za ateistów czy agnostyków wielkie światowe autorytety uznają jej nakazy moralne za obowiązujące, zgodne z wrodzonym człowieczym instynktem.

Otóż ta Księga zawiera takie oto słowa wypowiedziane przez prostą kobietę ponad 3 tys. lat temu:

 

„Nie mówcie słów pełnych pychy, z ust waszych niech nie wychodzą słowa wyniosłe, bo Pan jest Bogiem wszechwiedzącym. (…) To Bóg daje śmierć i życie (…). Fundamenty ziemi należą do Boga i na nich świat On położył. (…) On strzeże kroków swoich wiernych (…) wniwecz obraca opornych” (1Sm2,1nn). 

 

   Czy nie wydaje się, że oto właśnie człowiek odkrył fundamenty (cząstki fundamentalne), na których świat jest zbudowany? A odkrywszy trwa w stałej gotowości do wysadzenia odkrytych fundamentów swej ziemi - siłą w nich drzemiącą! Bo po odkryciu energii atomowej, już od kilkudziesięciu lat bezmyślnie i bezsensownie stoimy na krawędzi samozagłady. Ta nasza zabójcza cywilizacja po doświadczeniach XX wieku, w którym w wojnach zginęło więcej ludzi niż łącznie w całej historii ludzkości, w kolejnym wieku (jak to już można rozpoznać) nie zawróciła z obranej drogi. Wręcz przeciwnie, wyścig zbrojeń trwa i rozwija się pośród coraz większych podziałów. Uświadommy sobie, co w swej „roztropności” sami sobie gotujemy. Nie jest mądrością, lecz najwyższą pychą i głupotą, by w tej sytuacji polegając jedynie na swoim – jak z tego wynika - jakże ograniczonym rozumie, kroczyć drogą pogardy i obojętności dla Stwórcy wszystkiego. Teraz oto pojawia się być może o wiele większe zagrożenie w postaci akceleratorów do badań cząstek fundamentalnych, w których przeprowadza się doświadczenia m.in. nad dotąd niepoznaną przez człowieka ciemną materią.  Również  próbując  doprowadzić do zaistnienia choćby mikroskopijnej czarnej dziury, człowiek w swej zarozumiałości i pysze może poruszyć nieznane siły, które stanowić mogą zagrożenie nie tylko dla całej naszej planety, ale nawet stabilności kosmosu. 

 

    Myślący ludzie dostrzegają i coraz bardziej namacalnie doświadczają, jak wręcz lawinowo powiększa się powszechnie rozumiane zło, które teraz, jak wszystko na to wskazuje, doprowadzić musi do samozniszczenia ludzkości. Nic świata nie powstrzyma, bo naprawianie go każdy musiałby zacząć od siebie. Tymczasem każdy uważa, że to inni powinni się zmienić, że inni powinni go zaakceptować czy pokochać takiego jaki jest. Czyli z wszystkimi wadami, którymi pogarszamy stan tego świata. 

 

   Czy Bóg powinien interweniować, aby nie dopuścić, byśmy sami się unicestwili? Czy powinien, a jak tak, to kogo wyeliminować, by uratować i odnowić ludzkość? Czy ja pragnę wznieść się w swoim myśleniu na ten wyższy, nieśmiertelny poziom świadomości, by móc Boga coraz lepiej rozumieć i pragnąć Mu się podobać? Czy jestem Jemu oddany czy swoim namiętnościom, żądzom, pysze i egoizmowi? 

 

    Wykorzystajmy swą zdolność rozumowania i w swej wolności spróbujmy zafascynować się Bogiem. Spróbujmy uznać z całą pewnością, że  wszystko, co zaistniało we Wszechświecie nie mogło powstać samoistnie z chaosu i bezładu martwej materii, wyłącznie przez długotrwały szczęśliwy splot przypadkowych czynników.  Wszystko powstało dzięki genialnej wizji, nieskończonej wyobraźni, niezwykle dalekosiężnemu planowi, w skutek pełnego zamysłu, ściśle określonej celowości, przewidywania, utworzenia warunków, skonstruowania, zaprogramowania i uruchomienia przy pomocy niewyobrażalnej Energii! A to oznacza, że nic nie należy do nas, że sami jesteśmy częścią wszystkiego, że za niszczenie nie swojej własności ponosimy jednak wielką odpowiedzialność.

 

   Wniknijmy jeszcze głębiej, jakie motywy mogły kierować Tym Kreatorem, który tak wiele poniósł trudu? O jaką naprawdę ENERGIĘ tu chodzi? Co jej nie mogło już powstrzymać, że tak twórczo wybuchła? Skoro jestem bardziej skomplikowanym i złożonym organizmem niż cały Wszechświat, to znaczy, że jestem ukoronowaniem wszelkiego stworzenia; to znaczy, że muszę być zaplanowanym, chcianym, uznanym… niezwykle cennym dla swego  Stwórcy. Skoro tak, to musiał stworzyć możliwości komunikowania się z nami. Musiał stworzyć nas na swoje podobieństwo. Psychika, jaką posiadamy, to rozum, uczucia i wola. O kondycji i ograniczonych możliwościach naszego rozumowania oraz zdawaniu sobie (lub nie) z tego sprawy wystarczająco już zostało tu powiedziane. Spójrzmy zatem tym razem na uczucia i ustalmy co stanowi, a co powinno stanowić siłę napędzającą naszą wolę, by móc dalej zgłębiać Prawdę.

 

    O czym każdy człowiek najbardziej marzy, o czym najczęściej śpiewa, za czym najbardziej tęskni, czego najbardziej ze wszystkiego oczekuje, co go uszczęśliwia lub unieszczęśliwia, czemu potrafi się całkowicie poświęcić, z jakiego powodu stać go na wszelkie szaleństwa aż po samobójstwo włącznie? Miłość! Miłość, ale nie tylko oblubieńcza, lecz także dziecięca, rodzicielska, przyjacielska.  Miłość dla człowieka ma podstawowe znaczenie, jej niezgłębione pragnienie musi być w jakiś sposób w nas głęboko wszczepione. Przez podobieństwa poznajemy. Jeżeli tak jest, to nasz Stwórca nas takimi uczynił. A zatem Sam musi Miłość posiadać. Zakładać jednak należy, że przez lata deprawacji jakiej ulega ta nasza cywilizacja, do naszej świadomości dociera już tylko bardzo wypaczony obraz Miłości Boga – tego, czym ona naprawdę w swej istocie może być. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

 

    W doktrynach wszystkich monoteistycznych religii świata potwierdza się rozumienie Istoty Boga jako Miłości, choć nie jest to zbyt widoczne. Muzułmanie wyznają Allaha. Twierdzą: Jest to imię Jednej, Najwyższej Istoty, również znanej jako Bóg w innych religiach. Słowo „Allah”w języku arabskim pochodzi od Łalah, co oznacza umiłowanie lub miłość. Czują się wybrańcami Boga, stąd uznają, że są lepsi od reszty świata i muszą wszystkich do swej wiary doprowadzić. O miłości Bożej mówią Chrześcijanie, podzieleni już na tysiące nawzajem krytykujących się i rywalizujących ze sobą odłamów. A każdy czuje się wybrany przez  Boga, z całą pewnością znający Go lepiej od reszty świata. O miłości Bożej mówią Żydzi,  czują się narodem wybranym przez Boga, stąd uważają się za lepszych od  reszty świata.  O współczuciu i miłości mówią Hindusi. Zaś ze współczuciem dla reszty świata tak bardzo opanowanego przez złe pragnienia i namiętności patrzą niewierzący w istnienie osobowego Boga - Buddyści.  

 

   Czy zatem wierzący w jednego Boga tak naprawdę w swych religiach szukają poznania Go – Kim, jakim On jest, czego naprawdę oczekuje? Czy mają z Nim realny kontakt? Czy raczej starają się jedynie o zjednanie Go sobie by własnym pomysłom na życie „błogosławił”, o Jego przychylność dla siebie dla uzyskania wysokiej pozycji w ludzkiej hierarchii, dla życia bardziej „godnego” tzn. wygodniejszego, zdrowszego, atrakcyjniejszego, przyjemniejszego, nawet dla samego posiadania - co przecież uzyskuje się na zasadach rywalizacji, zatem zawsze kosztem innych. To wszystko zaś nie wydaje się zaprzeczeniem tej Bożej Miłości, która darzy?  Może trudne jest to do przyjęcia dla tych, którzy poniżyli Miłość we własnych oczach, dla tych, którzy sądzą i ukazują, że wszystko wiedzą, wszystko rozumieją, ale z Miłości Bożej uczynili słowo bez żywotnej treści. Współczesne wszelkie czyste  (można powiedzieć - święte) tłumaczenia znaczenia zostały Jej odebrane. W żadnej praktykowanej dzisiaj religii nie jest właściwie rozumiana.

 

   Obraz darzącej Miłości Boga możemy odnaleźć w Słońcu i wypływającej z niego nieprzerwanym potokiem energii stanowiącej o życiu na Ziemi. Nie tyle sami z siebie widzimy Słońce, co dzięki Słońcu możemy wszystko widzieć. Również na to podobieństwo w odniesieniu do naszych niematerialnych sfer: moralnej i duchowej należałoby traktować BOGA. Tak jak Stwórca nie wyposażył  naszego ciała w jakiś aparat do świecenia (stąd by widzieć oczami potrzebujemy zewnętrznego źródła światła), tak jest też z naszą sferą moralną i duchową. Nie jesteśmy uzdolnieni i powołani do samodzielnego ustalania i decydowania o zasadach naszego moralnego i duchowego funkcjonowania. Zatem stajemy się biednymi ignorantami i sami sobie szkodzimy, jeśli upieramy się przy jakiejś swojej prawdzie, swoich przekonaniach przypadkowo zdobytych.

 

   Żeby prawdziwie wiedzieć, żeby postępować w mądrości,  potrzebujemy oświecenia przez zewnętrzne Źródło – jakim jest Bóg.

W Twojej Światłości oglądamy światło – głosi mądrość biblijna, co może wskazywać, że mamy w swojej niematerialnej sferze jakiś aparat na podobieństwo cielesnych oczu dla odbierania moralnych i duchowych Świateł. Temu właśnie służy naW Twojej Światłości oglądamy Światłosza sfera duchowa, nasz, niezależny od ciała, niematerialny duch stanowiący naszą prawdziwą, nieśmiertelną jaźń. Musi być on jednak nieświadomie czy świadomie zagłuszany, zaciemniany, skoro dziś w każdą dziedzinę naszego życia wnika moralny relatywizm.

Stąd bierze się oziębła, jałowa, bezduszna postawa tych, którzy twierdzą, że w Boga wierzą. Stąd tak wielka obojętność i pogarda z jaką dziś jest On traktowany przez niemalże całą ludzkość (co będzie można  w dalszej części dostrzec). Stąd również ludzie sami siebie nawzajem tak traktują. Uznanie tego stanu za swój własny punkt odniesienia sprawia, że coraz więcej osób neguje istnienie BOGA. Szczególnie zaś Boga, którego naturą miałaby być Miłość. A jednak poszukującemu uczciwie i szczerze prawdy, sama Prawda objawi się we wspaniałości Wszechświata i pięknie przyrody jako wołanie Miłości o miłość!!! To ciągłe stwarzanie i podtrzymywanie życia pomimo całego zła, które człowiek w swej ślepocie moralnej i duchowej sam sobie czyni i na siebie ściąga również potwierdza, że motywem tym musi być i jest właśnie niepojęcie dla nas (jak wszystko, co BOŻE) cierpliwa i wyrozumiała MIŁOŚĆ. Skąd zatem bierze się zło, czym jest panujące na ziemi zło? 

 

   Mówi  się, że coś jest ciepłe albo zimne. Ciepło niewątpliwie istnieje, ale czy istnieje we Wszechświecie takie zjawisko jak zimno? Może być więcej lub mniej ciepła, ale czy może być więcej lub mniej zimna? Istnieje  ciepło energii, którą człowiek nauczył się mierzyć i określać w stopniach Kelwina. Stan zera bezwzględnego czyli -273,15 stopnia w skali Celsjusza jest dopiero brakiem ciepła, brakiem energii. Nie ma jednak czegoś takiego jak różne wielkości braku energii, różne wielkości zimna. Nie możemy zatem mierzyć zimna. Coś takiego nie istnieje we Wszechświecie, Bóg czegoś takiego nie stworzył.  Nie używamy zatem słowa zimno na określenie istnienia czegoś będącego przeciwieństwem ciepła. Jest to pojęcie subiektywne oznaczające jego odczuwalny dla nas brak. 

Podobnie nie istnieje takie zjawisko jak ciemność. Ciemność nie jest czymś. Jest to słowo określające małą ilość czy brak światła. Człowiek ustalił skalę i jednostkę natężenia światła (lux), wymyślił do jego mierzenia luksomierz, ale nie ma jakiegoś miernika do mierzenia natężenia ciemności.  Może być więcej lub mniej światła, jednak nie może być więcej lub mniej ciemności.

W końcu to samo możemy powiedzieć o życiu i śmierci. Możemy określać intensywność życia, ale nie możemy określić intensywności śmierci. Śmierć nie jest zatem przeciwieństwem życia, tylko brakiem życia. I na tej samej zasadzie spójrzmy teraz na dobro i zło.

Zło nie jest przeciwieństwem dobra lecz jego brakiem. Bóg będąc samym Dobrem, samą Miłością, nie stworzył we Wszechświecie zła, nie ustalił strzegących go praw. Coś takiego jak zło zatem nie istnieje. Tym słowem określamy sytuacje, gdy uchybiamy miłości, gdy buntujemy się przeciwko Prawu Miłości ustalonemu dla jego strzeżenia - najpewniej w całym Wszechświecie. Zatem zło to odrzucenie Prawa Miłości, to bunt przeciwko Bogu, to brak Boga. Czysta Miłość skutkuje szczęśliwością, zło skutkuje jego brakiem – poczuciem nieszczęśliwości i bólu. To, co odczuwamy jako ból wypływa jednak z Bożej Miłości. Jest wezwaniem do powrotu do Miłości, jest wypłacaniem się doskonałej sprawiedliwości będącej drugą stroną Miłości.

 

   Zatem można i trzeba z całą pewnością uznać, że prawdziwa natura owej nieskończonej i niepojętej OSOBLIWOŚCI, tej ENERGII, która wszystko powołała z nicości do istnienia, to nic innego jak tajemnicza, nie pojęta dla nas, niczym nieograniczona, przewidująca MIŁOŚĆ. Że wszystko, co zostało stworzone, co istnieje - istnieje dzięki Energii Miłości.

 

   Z całych tych dotychczasowych rozważań powinien nasuwać się już wniosek, że Miłość nie tyle jest atrybutem Boga, co wręcz samą naturą BOGA, z którego MIŁOŚĆ wylewa się  nieskończonym potokiem. Zatem Wszechświat, a w nim wszystkie osobowe byty zostają powoływane do istnienia po to, by dać bezmiarowi tej Miłości możliwość Jej realizacji.

Jaka może być inna przyczyna istnienia tak niepojęcie wielkiego, tak precyzyjnie skonstruowanego Wszechświata, jak tylko istnienie w nim ogromnej ilości cywilizacji wolnych i rozumnych istot powołanych do istnienia dla tego celu, uzdolnionych do tego i temu celowi się oddająca? Czy aby nie pomniejszamy Stwórcy we własnych oczach do własnej, tak ograniczonej miary? Czy z tego nie wynika, jak bardzo Stwórca wszystkiego, pozostając dla nas niewidzialny, niepojęty, niewypowiedziany - pragnie być poznanym, rozumianym, miłowanym?  Że jest największym Misterium, które powinniśmy chcieć odkrywać! A zatem musieliśmy zostać uzdolnieni do pozazmysłowego poznawania Rzeczywistości niematerialnych. Patrząc na moralny stan ludzkości widać, jak w znacznym stopniu Ziemianie zaprzepaszczają tę najwspanialszą zdolność swego bytu, jak wypaczyli rozumienie BOŻEJ MIŁOŚCI.

Stąd w oczach Tego Który Jest jesteśmy niesłychanie ułomni, a zatem i traktowani w sposób niezwykle wyrozumiały. To łatwo sobie uzmysłowić patrząc na rodziców, którzy mając wiele zdrowych dzieci, z całą troską i miłością poświęcają się dziecku ułomnemu. Gdy jednak to dziecko nie rozumie powagi swej choroby i tę specjalną troskę traktuje jako atak na siebie, jako ograniczenie swej wolności i swobody – i buntuje się?  W tym buncie jednak samo sobie jeszcze bardziej szkodzi.

 

   Nieuchronnie przychodzi na każdego czas, gdy niepojęcie cierpliwa, wszechpotężna, nigdy niezwyciężona MIŁOŚĆ w końcu dociera do świadomości każdego, ukazuje prawdę o całej swej trosce i pyta go o przyczynę tak wielkiego lekceważenia i wzgardy.

Wtedy każdego buntownika ogarnia straszliwe przerażenie i nieskończony wstyd…  Gdy zwycięży w takim człowieku pycha, a nie skrucha, odrzuca na zawsze MIŁOŚĆ. 

 

   Zatem ci, którzy uznają istnienie genialnego Stwórcy wszystkiego, licząc się z możliwością swego dotychczasowego błędnego myślenia, pragnąc wyzwolenia się spod owego zaciemniającego Prawdę ducha racjonalizmu, naturalizmu, modernizmu i wszelkich ideologii, jakie dominują we współczesnym świecie i religiach,  powinni poważnie zastanowić się i rozważyć, czy Bóg dzisiaj milczy?

Czy jest obojętny na to, co się dzieje? Czy Ten przerażający w Swej Wszechpotędze Kreator, Który z tak niepojętym dla nas rozmachem i rozrzutną hojnością stworzył i zorganizował materialny Wszechświat odkrywany z pasją przez człowieka, a w nim mikro świat z cząsteczkami elementarnymi istniejącymi na granicy materii i poza nią, tworzącymi niepojęty świat czasoprzestrzeni makro kosmosu; czy Ten Miłośnik wszelkiego życia, który stworzył organizmy, ożywiając w sposób dla nas niezrozumiały martwą materię (poprzez ustanowienie jej specyficznej organizacji, swoistych praw nią rządzących, sterowaną i regulowaną poprzez informację) nadając jej niezliczoną ilość form, a w tym i nas ludzi, jako - jak nam się wydaje - najdoskonalsze Jego dzieło; czy Ten Pasjonat mógłby teraz pozostawić nas samym sobie? Stwarzając ten świat przygotował wszystko tak, by człowiek mógł Go w nim odkrywać, fascynować się, podziwiać, mieć radość z poznawania i zmagając z tajemnicami przyrody, jako król stworzenia poddawać ją sobie. Jednak nie bezmyślnie, a święcie dbając o powierzone sobie ziemskie królestwo. Czy wobec naszego absolutnego sprzeniewierzenia się, Bóg nie zainterweniuje, byśmy nie niszczyli Jego dzieła, czyli siebie i świata wokół nas?

 

   Oto powołał nas z nicości do istnienia w dzisiejszym świecie, w którym możemy korzystać z osiągnięć i zdobyczy wszystkich minionych pokoleń żyjąc w dobrobycie, jakiego ludzkość nigdy jeszcze nie miała. A my jak oszalałe, nienasycone zwierzęta, a nawet schodząc poniżej ich poziomu wciąż walczymy ze sobą o więcej i więcej, zazdroszcząc, rywalizując, zwalczając, nienawidząc, atakując i zabijając się nawzajem, niszcząc tę piękną Ziemię. Zmierzamy do tego, że sami się wyniszczymy z całym dorobkiem ludzkości. Mało tego, w swoim niszczycielskim działaniu weszliśmy już w kosmos. Atmosfera ziemska stała się jednym wielkim śmietnikiem. Dochodzi już nawet do tego, że stanowimy zagrożenie dla stabilności kosmosu. Czy Bóg milczy? Jest obojętny?

 

   Otóż nie, wręcz przeciwnie. Tylko większość ludzi nie może, bo nie chce tego dostrzec ani usłyszeć. Gdy jesteśmy sami dla siebie pępkiem świata, a percepcję mamy ukierunkowaną na umacnianie swej pozycji w ludzkiej hierarchii, na rywalizację, na panowanie nad innymi, na jeszcze przyjemniejszy byt, na światowe atrakcje... - to dla naszej świadomości Osoba Boga jest dalszoplanowym szumem, który najczęściej ignorujemy. A gdy prowadzimy niemoralne życie, percepcję mamy przeczuloną, by Go w swej świadomości zwalczać, co przecież oznacza nieuświadamianą sobie wiarę w Osobę Boga wymagającego moralności. Wszak człowiek nie zwalczałby kogoś, o kim na pewno wie, że nie istnieje.  Dlaczego On, tak niezwykle fascynujący (a to, co możemy pojąć umysłem, to zaledwie malutki zaczątek możliwości odkrywania Go), nie jest dla nas na tyle godzien, byśmy zapragnęli Go poznawać takiego, jakim jest w Swej Istocie? Lepsze są te oparte na rywalizacji, niemoralne wyziewy świata,  jakiś biedny, wykreowany, zakompleksiony na swoim punkcie idol lub marna złudna mania, pasja, namiętność czy ideologia?

 

   Bez Boga wszystko jest nicością, bo nie nasyca, nie zaspakaja naszego serca. Jeżeli zaś to, co stworzone odnosić zaczniemy do Boga, wszystko zaczyna nabierać wartości.   Kto jednak lub co, jak nie tylko tak wspaniała Osoba Boga, w Którym wszystko się zawiera, zasługuje najbardziej na wszystkie wysiłki człowieka?

To właśnie w odpowiedzi na wielkie pragnienia, na wysiłki człowieka objawia się mu, daje się poznać!  Nie narzuca się na siłę, wszak jest Miłością. Poznając Boga zaczynamy rozumieć, że ludzie są Jego zwierciadłem, Jego duchowym odbiciem.

Choć może zniekształconym, brudnym, zaciemnionym – to jednak Jego obrazem i podobieństwem. I tak na siebie nawzajem powinniśmy patrzeć, pomagając sobie nawzajem w oczyszczaniu się. To z rywalizacji pochodzi wszelki brud, wszelkie zło zaciemniające blask zwierciadeł, blask diamentu duszy. Oczyszczać się można jedynie przez jego przeciwieństwo, przez wzajemną miłość udzielaną nam przez Miłość. I to jest czysta Prawda. Prawda istnieje tylko w Miłości. Stąd głoszenie Prawdy bez Miłości staje się jej wynaturzeniem.

 

   Gdy jednak człowiek w swej zarozumiałości, arogancji i pysze nie pojmując potęgi i wspaniałości Osoby Boga, nie chce uznać takiej Prawdy lub choćby wydaje się mu to wszystko śmieszne, dzięki swej inteligencji wynajdzie sobie dowody i powody, by jej nie uznać, ale  ani pokoju ani szczęścia nie zazna, bo te są potwierdzeniem i świadectwem Prawdy. 

 

   Błądząc wraz ze światem po bezdrożach, osaczeni gąszczem śmiesznych złudzeń i zwodniczych chwil szybko przemijających radości, nigdy nie nasyceni gonimy wiatr, uciekamy przed przedostającą się do świadomości rozpaczą, zderzamy się z poczuciem pustki, wpadamy w lęki, tarzamy się w namiętnościach, grzęźniemy w zniewoleniach, toniemy w złu…

 

   Droga Prawdy jest największą wartością, Prawdę można i trzeba umiłować. Gdy tylko uczciwie, z szacunkiem zaczniemy poszukiwać Prawdy już wkraczamy na drogę wolności, drogę ku wyzwoleniu od zniewoleń świata. Na drodze tej nie ubywa lecz przybywa sił. Na niej osiąga się szczyty odwagi i heroizmu. Z jej perspektywy zaczynamy lepiej i szerzej widzieć, dostrzegamy nieznaną dotąd rzeczywistość czystej Miłości, która okazuje się pięknem, wspaniałością  dającą wszelką rozkosz... 

 

 

Wszechświat i życie - dzieło przypadku czy niepojętej Inteligencji?
      Część 6. To, czego nie widać jest ważniejsze od tego, co się uwidacznia.
    Próba uchwycenia się Prawdy. Jej potwierdzenie i świadectwo.

2019/10/23
Orędzie Królowej Pokoju z Medziugorje

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję tę witrynę z własnych środków, a służyć ma ona powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie. 

Strony mogą zawierać pliki cookies.        Gdyby ktoś chciał wspomóc rozwój witryny...

                                                                                                                                                                                                   br.stanislaw@gmail.com

DEO   OMNIA  GLORIA

ET  BEATISSIMAE  VIRGINIS  MARIAE

 

 

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 031773