O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

 

"Człowiek chce siebie widzieć lepszym niż jest. I na ogół widzi to, czego pragnie, a nie to, co jest. Z tego zakłamywania siebie wynika najwięcej nieporozumień i nieszczęść pomiędzy ludźmi i między człowiekiem i Bogiem". (Świadectwo )

 

 

Link: odrodzedoprawdy.pl/zwodzenie-samego-siebie-cz1

 

 
 

  • MECHANIZMY OBRONNE  PROWADZĄCE DO SAMOZAKŁAMANIA

 

Trzeba sobie uzmysławiać, że to, co świat ukazuje jako dobro dające szczęście przynosi jedynie chwilowe radości, chwilowe zadowolenie, a nigdy zaspokojenie. Zwycięzcami w powszechnej rywalizacji są nieliczni, a i to na krótko. Rywalizacja rodzi zło, które dopadając nas rani nasze uczucia. Nasze własne pragnienia wciąż narastają i dręczą; obawy, lęki, strach nieustannie trapią; poczucie pustki, bezsensu, trwogi dobijają się do świadomości. Ciągłe niezadowolenie, przemęczenie, wstręt do siebie, depresje, nerwice, stres pobudzają wybuchy gniewu, przemoc i agresję - również wobec siebie. Dla zachowania równowagi psychicznej wytwarzamy w sobie pewne mechanizmy, które najczęściej zniekształcają w naszym umyśle rzeczywistość. Tak naprawdę jednak one nie są skuteczne, nie uzdrawiają, nie pozwalają na życie świadome. W większości przynoszą na świat wiele zła, są ułudą, fatamorganą, wyprowadzają na duchową pustynię, a przez to są bardzo niebezpieczne. Człowiekowi duchowo martwemu wydają się jednak nieodzowne by nie oszaleć, by jakoś w tym świecie rywalizacji funkcjonować, by zakłamywać, zagłuszać własne wyrzuty sumienia.

Oto jakie najczęściej rozwijamy w sobie:

 

-ucieczka myślami w fantazjowanie;

-identyfikowanie się, utożsamianie z jakąś podziwianą osobą lub instytucją;

-izolowanie się czy wycofywanie w bierność aby uchronić swe uczucia przed urażaniem;

-obwinianie innych za własne trudności, użalanie się nad sobą;

-projekcja czyli przypisywanie innym własnych złych uczuć, pragnień, zachowań  lub cech, co zniekształca rzeczywistość, rodzi poczucie konieczności samoobrony, powoduje agresję.  Stąd pochodzi wiele zła.;

-wyładowanie tłumionych uczuć - zwykle wrogości, na słabszych czy rzeczach martwych;

-odwracanie sensu;

-racjonalizacja zła;

-zaprzeczenie rzeczywistości,

-wypieranie prawdy ze świadomości;

- wiele innych...   

 

  

Zastanówmy się nieco nad tymi mechanizmami na podstawie przynajmniej tych trzech ostatnich, które są chyba najbardziej powszechne, najbardziej nas niszczące, najbardziej okrutne.  

 

 

  • Racjonalizacja zła   

 

Mądrością rozumnego - poznanie swej drogi, zwodzenie siebie - głupotą niemądrych.”  Prz14,8

 

Stosujemy samooszukujące się usprawiedliwienia, gdy nie akceptujemy swych postępków lub tego, co chcemy uczynić. Dochodzi do niej na tym etapie naszego deprawowania się, gdy nasza wola nie jest jeszcze zepsuta, chce wybierać dobro, a serce (uczucia, pragnienia, emocje) już skłoniły się ku złu, pragną zła, które nas pociąga, które wydaje się atrakcyjne, przyjemne, miłe.  Zaś ta zatwardziałość serca przytępia rozum (zdolność poznania; por. Ef 4,18).  Stąd, by wybrać zakazywane sobie zło dokonujemy jego racjonalizacji tzn. staramy się by to, co dotąd uznawaliśmy za złe, teraz wydawało wręcz dobre.

 

Proces przebiega następująco:

Pragnę zdobyć, uczynić coś, co odczuwam wewnętrznie, że jest złem czy jest powszechnie uznane za zło. Moja wola, która ma zdolność dokonywania wyboru, jednak nie chce, nie może wybrać zła jako zła. Wybiera to, co postrzegamy jako dobro. Zatem dokonujemy pewnej pracy umysłowej, w której zło przejawi się nam jako osobiste dobro. Innymi słowy przedstawiamy sobie je jako własną korzyść. Umysł zatem proponuje mojej woli wybór tego „dobra”. I wola człowieka pozbawionego cnót skłania się do wybrania tego, co jest jego tzn. własnego „ego” osobistą korzyścią, co jest pychą i jej służy. Po pewnym czasie tego naszego deprawowania się pada i ostatni bastion – dobra wola. Żądze bowiem odbierają wolność naszej woli. Człowiek staje się niewolnikiem swych żądz i buntownikiem przeciw Bożemu Prawu i samemu Bogu. Wie, że robi źle a jednak to robi.

Jest to straszliwy stan i bardzo złudny, bo chwilowe radości w złu nigdy nie dadzą szczęścia (szczęście to pokój i radość w dobru), nie zaspakajają, a kształtują cechy ludzi nieszczęśliwych, powiększając zniewolenia. Nawet, gdy taki człowiek przejrzy na oczy, nie umie już z tych cech i ukształtowanej osobowości samodzielnie się wyzwolić. Problemy psychiczne wpływają na pozostałe sfery człowieka powiększając cierpienia i udręki. 

 

Wszyscy jesteśmy zdolni do takiego oszukiwania samego siebie i bardzo często robimy to. Duchowe, niewidoczne, a przez to najbardziej niebezpieczne zniewolenia, nawet opętania stają się coraz bardziej powszechne. Współczesne media, rozrywka i kultura sprzyjają nam w byciu nieuczciwym wobec siebie. Tak zracjonalizowano już chyba wszystko.

 

Racjonalizacja zaczyna się zwykle od słów np.

kłamstwo jest opakowywaniem, nawijaniem, bajerowaniem, wciskaniem kitu, dyplomacją, chwytem marketingowym;

kradzież to często szybki pieniądz, radzenie sobie w życiu w epoce zdzierstwa, skubanie, zapobiegliwość, wykorzystanie sytuacji;

oszustwo to tylko przekręt;

rozwiązłość, rozpustę nazwano miłością,

zboczenia, dewiacjekochający inaczej;

zabójstwo - aborcja, eutanazja;

Zaś nietolerancją i mową nienawiści zwie się przestrzeganie przed czynieniem zła według Bożego Prawa.

 

Już nawet to, co było zawsze w chrześcijaństwie złe staje się dobrą i pożądaną wartością np: moralnie złe życie na pokaz rujnujące duszę uznaje się jako dbanie o prestiż. Grzech nieczystości, wzbudzanie pożądliwości u innych zwie się "byciem seksi". Kto myśli o grzechach nieumiarkowania i wzbudzania zazdrości, gdy pragnie się  szpanować, posiadać rzeczy „wypasione ”.

Jako dobro ukazywany jest  śmiertelny grzech nieprzebaczenia i zemsty.  W wielu filmach i książkach przedstawia się go jako heroizm, bohaterstwo, dbanie o honor, wymierzanie słusznej sprawiedliwości itp.

I my te zafałszowane prawdy „łykamy”. W naszych dążeniach nie stać nas już na uczciwość, na nazywanie grzechów po imieniu - i niestety często nie czynią tego nawet powołani do stania na straży moralności oraz czystości sumień.

 

 

 

 

  •  Zaprzeczenie rzeczywistości         

 

„Przyjdzie chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań (…) będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom”. 2Tm4,3-4

 

 Ma miejsce m.in. wówczas, gdy powstaje konflikt pomiędzy głosem sumienia, a dostrzeganą rzeczywistością.  Przed tą prawdą o sobie, która jawi się nam jako nieprzyjemna, z którą nie chcemy się zmierzyć, bronimy się przez jej zaprzeczanie. Redukujemy rzeczywistość do akceptowalnego rozmiaru.

 

Do przykładu najbardziej powszechnego zaliczyć można zaprzeczenie śmierci i tego, co może nas spotkać po niej.  Nadzieje swoje pokładamy głównie w tym świecie, utożsamiamy się jedynie ze swoim ciałem, uczuciami, swoim „ego”. To sprawia, że cierpimy na głęboki lęk przed śmiercią. Dokonujemy więc redukcji rzeczywistości mówiąc np. że ważne jest pozytywne myślenie. I unikamy myśli o własnej śmierci, o przemijaniu, o możliwym piekle. Tuszujemy upływ czasu uwidaczniający się na naszym ciele, stosujemy kremy przeciwko zmarszczkom, makijaże, farbowanie włosów, przesadnie dbamy o sylwetkę, ubiór często nieadekwatny do wieku itp. Złościmy się, gdy ktoś zwróci uwagę na oznaki naszego starzenia się. 

 

Przykładem może być również alkoholik, który uparcie twierdzi, że jest tylko smakoszem i może w każdej chwili przestać pić czy palacz tytoniu, który twierdzi, że jest prawdziwie wolny - chce i pali (jego samego choroba nie dotknie), a ci, którzy sobie tego odmawiają sami się ograniczają w wolności, zatem są niewolnikami swoich poglądów.

 

 Żyjemy tak w absurdach, w iluzji, a żeby nie myśleć o tym, zagłuszamy się, zajmujemy umysł całym światowym hałasem goniąc za pożywkami dla niezaspokajalnych zmysłów (zawsze włączony telewizor, komputer, radio czy muzyka, towarzystwo innych osób, ciągłe mówienie, śpiewanie, pracoholizm, alkoholizm, narkomania,  uciekanie w tzw. rzeczywistość wirtualną, w gry komputerowe itp).  Ograniczamy swoją rzeczywistość do rozmiaru, w którym wypracowanymi mechanizmami obronnymi jakoś sobie radzimy. Zaczynamy żyć w swoim małym światku - w sobie samych. Tak stajemy się sami dla siebie pępkiem świata, nie potrafimy już czerpać radości z dawania, ofiarności, służby słabszym.

 

Skupieni na sobie, żyjemy w sobie i dla siebie. Wówczas siłą poruszającą nas (naszą wolą) jest zadowolenia własnego „ego”, satysfakcja, pycha. A siłą pobudzającą chrześcijan miała być miłość. Czerpać ją możemy za pomocą pragnień, za darmo – z Boga. Tylko nią się posługując, w tej atmosferze żyjąc: dla Boga i w Bogu - dla bliźnich, możemy toczyć życie prawdziwie wolne, w radości i pokoju, a przy tym najbardziej sensowne i owocne.

 

Złe pobudki przyjęte jako dobre, powodują zagubienie się człowieka, nasilają popadanie w coraz liczniejsze ~holizmy i ~manie. Tyle tego już jest, że staje się wręcz modą, cechą pozytywną. Już sami szukamy sobie jakichś manii, jakiegoś „pozytywnego” zakręcenia zajmującego umysł i serce, które, gdy całe nie będą dla Boga – nie dadzą zaspokojenia.  

Zaprzeczenie nazywać można też selektywnym brakiem uwagi. Jeżeli ktoś skierowuje naszą uwagę na to, czemu staramy się zaprzeczać, kiedy usiłuje nas od czegoś odwieść, neguje nasze postępowanie, ukazuje nam zło itp. - czujemy się zakwestionowani. Uciekamy wówczas od tematu, od tej osoby, którą traktujemy z niechęcią,  wrogo, stajemy się agresywni. Usiłujemy podważyć wartość takich osób w naszych oczach, zniszczyć je we własnych oczach. Nie chcemy potem do tego wracać, stawić temu czoła, nie przyjmujemy niczego do wiadomości. I tak też jakże wielu ludzi reaguje i na ten tekst. To okrutna, przede wszystkim wobec siebie samego gra.

 

 

 

Lecz najpowszechniejszym, a przy tym  najbardziej złudnym, najbardziej nas niszczącym, najbardziej chyba  okrutnym środkiem znieczulającym w naszej śmiertelnej chorobie jest:

 

  • Wypieranie się prawdy o sobie

 

W głębi serca bezbożnika nieprawość doń przemawia, nie ma on przed oczyma Bożej bojaźni. 

Bo zaślepiony sam sobie schlebia i nie widzi swej winy, by ją mógł znienawidzić”. Ps 36,2

 

    Istnieje w nas pewna wewnętrzna sprzeczność. Toczy się walka pomiędzy własnym cielesnym, śmiertelnym „ego” z duchowym, nieśmiertelnym „ja”, którego głos nazywamy głosem sumienia. Jeżeli nasza samoświadomość identyfikuje się z „ego”, staramy się utrzymać poza tą świadomością to, co jest dla niego choćby tylko przykre. Zagłuszamy więc głos sumienia rozmyciem odpowiedzialności, porównujemy się z gorszymi, udowodniamy sobie i innym, że nasze własne złe i błędne zachowanie jest godne aprobaty, bo służy wyższym wartościom itp.

 

Nie znosimy wyzwalającej prawdy, napomnień, uwag, pouczeń. Wolimy schlebianie sobie dla utrzymania dobrego o sobie mniemania. Ukrywamy przed sobą, przed swoją świadomością przykrą, „szkodzącą” temu dobremu obrazowi prawdę. Często, gdy czegoś nie chcemy w sobie uznać, po prostu nie dopuszczamy takiej myśli, znajdujemy sobie wytłumaczenie. Dokonujemy auto waloryzacji stosując przeróżne formy samoobrony, podtrzymania lub podniesienia swej samooceny nawet za cenę samooszukiwania się. Tak wychwalamy się, usprawiedliwiamy, czynimy się chorymi, słabymi, dramatyzujemy sytuację, szukamy zrozumienia, użalamy nad sobą, prowadzimy wewnętrzne dyskusje z określoną osobą, wysuwamy swoje subiektywne argumenty, bronimy się, protestujemy, oskarżamy, potępiamy, pragniemy pomsty, żądamy „sprawiedliwości” itp.

 

To wszystko tylko potęguje nasze słabości, nasze wzrastanie w złu. Coraz trudniej przychodzi nam być prawdziwie życzliwymi. Nie umiemy z podobną choćby wyrozumiałością jaką mamy dla siebie potraktować innych, ustąpić, starać się natychmiast rozwiązać bolesne konflikty, absolutnie przebaczyć, uznać sprawę za niebyłą. Dla pokoju i czystości własnej duszy stanąć w prawdzie o sobie, wyrazić skruchę, przeprosić... Zamiast natychmiast starać się uzdrowić rany serca, my unosząc się na falach swej pychy uciekamy się do obłudnych sposobów, fałszywych mechanizmów i oczekujemy aż „czas uleczy rany”. Ale on tak naprawdę nie leczy, bo jeden jest tylko Lekarz.

 

Niestety, czas nie leczy przyczyn - zagnieżdżonego w nas zła, zranień, obaw, które "odkładają się" w duszy i poza naszą świadomością wpływają na naszą psychikę. Działają niczym kłody drewna trzymane pod wodą – dążą do wypłynięcia na powierzchnie świadomości. My naszym samozakłamaniem usiłujemy je utrzymać w głębinach świadomości. Złe czy bolesne uczucia, które zawsze towarzyszą naszym doświadczeniom, przeżyciom, chociaż wyparte ze świadomości, stłumione, uspokojone np. upływem czasu jednak nie znikają bezpowrotnie. Jak rozprzestrzeniająca się choroba, jak robactwo zagnieżdżone w duszy wciąż próbują wydostawać się na powierzchnię naszej psychiki i oddziaływają na nas.  Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo, wręcz nieustannie choć niedostrzegalnie wpływają na nasze myśli, uczucia i wolę, a tym samym na samopoczucie, sposób bycia, na zachowanie, na rozeznawanie i podejmowane decyzje.

 

W ten sposób z wiekiem nie doskonalimy się lecz nasze człowieczeństwo ulega ciągłej destrukcji. Stajemy się zgryźliwi, uparci, złośliwi, nieprzejednani, nienawidzący, zamknięci na prawdę, będąc nawet przy tym przekonanymi, że żyjemy w miłości. Zło w sobie czy kimś tłumaczymy  chorobami, starością.  

Używamy do tego innego mechanizmu – upozorowania, w którym dochodzi do przesadnie wyrażanych uczuć i zachowań  przeciwnych do rzeczywiście odczuwanych  po to,  by prawdziwe pozostały wyparte. Staramy się więc czynić to dobro, które otoczenie pochwala, ale tak, by było to zauważone, docenione, wychwalone, nagrodzone albo ukazywało własną wyższość…  Chrześcijanie pomiędzy sobą śpiewają więc głośno pobożne pieśni, używają pobożnych wyrażeń (np. chwała Panu), noszą widoczne złote medaliki itp. byle polepszać swoje wyobrażenie o własnej wierze, pobożności, dobroci... Ale pośród prześmiewców religii już się wstydzą swojej wiary albo przesadnie ją manifestują okazując wrogość i pogardę dla odstępców. Nie interesuje nas wówczas czystość intencji, nie myślimy o tym i nie spowiadamy z tego. A to niezauważane zło również odkłada się w duszy...

 

Jest w nas pewna siła wypychająca te odkładające się, a nieuświadamiane sobie brudy, grzechy, zranienia. Pochodzi ona z naszego własnego, prawdziwego, bo  nieśmiertelnego „ja” naszej duszy, która wyszła z Bożych rąk i pragnie tylko powrotu do Boga. To ta nasza prawdziwa samoświadomość, która zachowuje myśl po śmierci ciała i cielesnego „ego”. To głos tego ducha naszej nieśmiertelnej duszy, w dzień i noc oskarża nas o jej lekceważenie, o życie w zakłamaniu, hipokryzji, o ryzykowanie śmierci wiecznej, jaką jest utrata na zawsze Nieba, wiecznego szczęścia. Tego naszego  ducha, który  miłuje Boga powinniśmy traktować jako największego przyjaciela, choć jego głos najbardziej oskarża nas o przeciwstawianie się  Miłości, o brak miłości do Boga w naszym sercu, umyśle i woli - za co będziemy musieli odpowiedzieć przed Sądem.

 

To ten głos wzbudza w nas niepokój, odbiera spokojny sen ale po to, by pobudzić nas do zmiany postępowania i do skruchy. Ale my zamiast starać się dostrzec, odkryć rzeczywiste przyczyny powstawania smutku, przygnębienia, zniechęcenia, złego samopoczucia, rozdrażnienia, chandry, napięć emocjonalnych, trudności życiowych, lęków, depresji, chorób ciała  itp., popełniamy kolejne błędy. Usiłujemy przeciwdziałać temu głosowi, ratować się, ale stwarzając sobie swoistą fatamorganę. Prawdziwą duchowość (życie Życiem naszego ducha) zastępujemy  jej namiastkami - doznaniami, przeżyciami „duchowymi” będącymi tak naprawdę jedynie jakimś emocjonalnym ciepełkiem, które nie ukazuje Prawdy, nie daje Wolności od zła. Nie ma więc mocy by nas uzdrowić, a jedynie na chwilę zapomnieć. Mówimy więc np. o pięknych „doznaniach duchowych” śpiewając piękne pieśni w stylu: „Ty wyzwoliłeś nas Panie z kajdan i samych siebie…” - jak to bywa na religijnych masowych uroczystościach. Ale nie dopuszczając nawet myśli o swoich licznych zniewoleniach i uzależnieniach wynikających z egoistycznego skupienia na sobie. Nie dopuszczamy myśli jak mało jesteśmy wspaniałomyślni, szlachetni, ofiarni, jak wszelkie „dobro” czynimy ze względu na siebie, na pokaz, nic bezinteresownie, bo nic w ukryciu, nic w szczerym rozeznaniu czystości intencji. Nie chcemy zauważyć swoich zniewoleń różnorakimi kajdanami i tak naprawdę nie chcemy nawet wyzwolenia od swoich przekonań, uprzedzeń, stronniczości, światowych pragnień i dążeń, od złych myśli, uczuć, od kajdan złych przyzwyczajeń, nawyków, zmysłowości, uzależnień, pożądliwości itd., z którymi łatwiej nam jest żyć nie musząc toczyć walk również z tym wrogim własnemu duchowi światem.

 

Naiwnie szukamy zapomnienia w chwilowych psychicznych doznaniach, uciekając od prawdziwej, odmiennej rzeczywistości, która nieświadomie w nas wrze. Ten nie uznawany nasz rzeczywisty stan, nasze nabyte złe uczucia i emocje wraz z głosem sumienia nieustannie przesączają się do naszej świadomości. I ta niechęć do nich przygnębia i zniechęca nas, a walka wyczerpuje. Czasem więc niespodziewanie po stresujących sytuacjach emocje wybuchają jak wulkan, jak grom wyładowywane są na najbliższych, najsłabszych, niewinnych - nie tylko osobach i zwierzętach, ale nawet na martwych rzeczach.

 

Ileż jest osób wykształconych, z wielkimi życiowymi osiągnięciami, uznający się za porządnych, moralnie prawych, dobrych, religijnych albo w swoim mniemaniu w swoim środowisku zasłużonych, doświadczonych, obeznanych, którzy wykorzystują te „osiągnięcia” dla ciągłego doskonalenia swego samookłamywania się. Upływ czasu boleśnie ukazuje im jak to wszystko przemija, staje się nieaktualne, zapomniane, nieznane. Zamęczają więc innych wspomnieniami gloryfikującymi siebie samych. I nawet w podeszłym wieku w swej „życiowej mądrości” wciąż nie chcą zauważyć jak kolejnymi pozorami podtrzymują swoje dobre mniemanie o sobie, swój wizerunek.

 

By ułatwić sobie tę życiową grę na role wymyśla się i ceni tytuły naukowe, dyplomy, ordery, nagrody, stroi się w wyróżniające szaty, szarfy, mundury, przykłada niezmierną wagę do stanowisk, wykształcenia, statusu społecznego, lubuje się w ukazywaniu znajomości z wielkimi tego świata, chętnie pozuje do zdjęć. Ludzie czując się wciąż niedowartościowani muszą czcić sami siebie hucznym świętowaniem rocznic, imienin, własnych osiągnięć, utrzymywaniem wpływów, kolekcjonowaniem znajomych  na portalach społecznościowych...

 

Człowiek przebudzony, mający choć trochę głębi, który postąpił nieco w cnocie pokory, u którego nad cielesną naturą panuje jego duch,  nie chce już stroić się w te światowe piórka. Zauważa to jako infantylne, jakże żałosne, nie godne miana chrześcijanina, dziecka Bożego.  Nie czuje się lepszy pamiętając o potencjalnej możliwości upadku w pychę,  obawia się, że jego uleczona choroba może łatwo się odnowić, powrócić.

Ale to zło, które my biedni ludzie sami sobie zadajemy zauważa i współczuje. Bo słabi, światowi ludzie jakże muszą trudzić się w wynoszeniu nad innymi, w stwarzaniu odpowiedniego dystansu dla zachowania swojego mniemania bycia lepszym. Całe swoje myślenie, całe życie temu poświęcają. I tak zasklepiają się w sobie, że nie chcą rewidować swych światowych, utartych poglądów, przekonań, ideologii, którym ulegli. Wolą trwać w złu, w zakłamaniu byleby nie uznać swego dotychczasowego życia za błędne. Stąd dziś wielu ideowych działaczy komunistycznych nie chce uznać komunizmu za system zbrodniczy. Stąd wielu bankrutów finansowych, politycznych czy moralnych wybiera samobójstwo, niż upokorzenie, czyli postąpienie nieco w cnocie pokory poprzez redukcję swego egoizmu i pychy.  Stąd wielu zatwardziałych w złu byleby nie przyznać komuś racji; ryzykujących błąd byleby nie zapytać, nie prosić o wskazówkę, o radę czy pouczenie słabszego, młodszego, mniej wykształconego, mniej zasłużonego. I oszukujemy siebie mówiąc np.: „o nie, nie jestem zły, nie złoszczę się, nie jestem nerwowy, nie jestem złośliwy, ja tego mu nie zazdroszczę, rzadko popełniam błędy, jestem prawym człowiekiem, przebaczam krzywdy… ale nie mogę zapomnieć, nigdy nie okłamałbym cię, nie mam grzechów, jestem uczciwy, ufam Bogu itp.  W tym samooszukiwaniu się, graniu ról, zmienianiu masek, stwarzaniu pozorów zaszliśmy tak daleko, że sami już nie wiemy, jacy naprawdę jesteśmy, nie znamy sami siebie. I zamiast podjąć trud powrotu do prostoty wyzwalającą prawdą, wysilamy się by zapamiętać, co komu nakłamaliśmy, kogo przed kim udawaliśmy.

 

Choć psycholodzy nazywają to wszystko mechanizmami obronnymi człowieka, tak naprawdę jednak są to automatyczne sposoby naszego degradowania się. Osłabiają one i niszczą naszą strukturę duchową, naszą psychikę, a w efekcie choruje i ciało. Doskonałym przykładem niszczycielskiej siły tych mechanizmów jest śmiertelna choroba zwana anoreksją.

 

 I możemy być bardzo religijni, bardzo pobożni, codziennie przystępować do sakramentów, ale do końca życia pozostawać pełnymi wad i uprzedzeń, coraz bardziej nieznośni i trudni we współżyciu z innymi ludźmi. Sakramenty w tym zakłamaniu nie są skuteczne, a przyjmowanie ich może być nawet grzeszną profanacją i  świętokradztwem.

 

Ostatnio jednak nawet naukowcy (psychologii transpersonalnej) wskazują na możliwość osiągnięcia przez człowieka stanu, w którym może on dojść do całkowitego wyzbycia się tych tzw. mechanizmów obronnych.  To ich zdaniem stan, w którym dochodzi do zaniku obrazu własnego "ego ", aby nie było już czego bronić.

 

 

 

  • OD CZEGO ZACZĄĆ?

 

My katolicy znamy prawdziwą drogę do tego, choć zatraciliśmy jej świadomość. Opisuje ją Ewangelia, jak i liczni święci oraz mistycy Kościoła, którzy doszli do tego stanu.  Praktykowanie tego, w co wierzymy własną ale niezafałszowaną religijnością (w duchu i prawdzie) prowadzi do tej wolności, pokoju i szczęścia.  Potrzeba tylko chcieć się z własnego „ego” wyzwolić, "zaprzeć się siebie", umrzeć dla "siebie" i "narodzić się na nowo" do "nowego życia". 

 

 

 Zacząć trzeba od odważnego stanięcia w prawdzie o sobie ze względu na prawdziwe dobro siebie samego w postaci mojego „ja” nieśmiertelnej duszy. Czyli prawdziwego siebie samego – „ja” którego teraz jeszcze może nie zauważam, bo jest przysypane, przygwożdżone stosem żądz. Współczesny chrześcijański mistyk o.Tomasz Merton tak pisał: "To powierzchowne „ja” nie jest naszą prawdziwą jaźnią. (…) To „ja”, które działa w świecie, myśli o sobie (…) nie jest tym prawdziwym „ja”, które było zjednoczone z Bogiem. Jest ono w najlepszym razie szatą, maską (…) zastępującą ową tajemniczą i nieznaną „jaźń”, której większość z nas nie odkryje aż do śmierci. Nasza zewnętrzna, powierzchowna „jaźń” nie jest ani wieczna ani duchowa”.

 

Ta prawda to na początku również uznanie, że sami sobie z sobą nie poradzimy żadnymi postanowieniami i ślubami ale że istnieje Bóg-Miłość, który nas pragnie poprowadzić. Siłę i światło otrzymamy, gdy rzeczywiście poczujemy się maluczkimi, zapragniemy osobiście spotkać Boga, poznać Boga.  A to pragnienie wyrażać się powinno m.in. w stawaniu w swych myślach w Jego łagodnej Obecności, w  rozmowie z Nim o wszystkim, w rozważaniu Jego nieskończonej Miłości, w rozważaniu Jego obietnic, we wzrastaniu w ufności. Ufność to jedyna rzecz, której Bóg od nas oczekuje.   Czyż niedowierzając Mu nie czynimy Go kłamcą i w ten sposób sami zamykamy się na łaski? Czyż lekceważąc Jego duchowe Dary nie lekceważymy, nie gardzimy samym Bogiem, do którego one mają nas prowadzić? Tym Go najbardziej ranimy. On tylko czeka na nasze pragnienie poznania Go. Jakże pragnie nam się dawać, otoczyć miłością, opieką, wyzwolić przede wszystkim od nas samych, byśmy pojęli Kim i jakim szczęściem do tej pory pogardzaliśmy. Pragnie ale tak nas szanuje, że nie narusza naszej wolnej woli. 

Ale nasz chwilowy kaprys, ciekawość czy podstępna interesowność nie zwiedzie Go. Potrzeba cierpliwie i wytrwale dawać dowody stałości naszego pragnienia, naszej dobrej woli, naszej czystej w intencjach ofiarności niszczącej własne „ego”.

 

Ofiarowanie się Bogu w ten sposób przynosi nam to „przebudzenie się”, to „nowe narodzenie”, o którym mówił Pan Jezus do Nikodema. To oznacza umrzeć dla siebie”, „zaprzeć się siebie”, to przejście przez ową „ciasną bramę” na drogę świetlistą, piękną, czystą, która kończy się na wyżynach Raju.

 

Doskonała ufność przynosząca radość, szczęście, pokój, póki co rodzić się będzie jednak w trudach, poprzez doświadczenia własnej słabości, nędzy, obrzydliwości. Lecz pragnąc naszego wyzwolenia, naszego szczęścia, będąc doskonałym znawcą naszej psychiki, Dobry, troszczący się, kochający nas Bóg, podsunął nam prawdziwie skuteczny „mechanizm obronny”. On - Boski Lekarz naszych serc i dusz wskazał nam wszystko, co potrzeba dla uwolnienia się od złej przeszłości i nie uleganiu dalszym zranieniom psychicznym i duchowym, dla życia dobrego i szczęśliwego. Leczy nie tylko skutki, ale i najgłębsze przyczyny.  Poddając się temu „mechanizmowi” musimy jednak podjąć trud bardzo dokładnego wypełnienia warunków jego tak wielkiej skuteczności.   

 

Mowa jest o Sakramencie  Pokuty, ale – podkreślić tu trzeba - z tym wszystkim, co warunkuje jego wielką skuteczność. Dziś „chodzi się do spowiedzi” lekceważąc pozostałe warunki uzyskania tego wspaniałego Daru. Trzeba je sobie dokładnie przypomnieć i stosować. Świat wyjałowił nas. Prawdziwa skrucha, pokora, przeproszenie, uczciwe zadośćuczynienie, uniżenie, umartwienie zmysłów, ofiara, nawet bojaźń Boża została wyszydzona, wykpiona, a chrześcijanie temu ulegli.  Jeżeli przyjmujemy bezkrytycznie „wartości” świata i mieszamy je z religią, tworzymy własną mieszankę wiary, przesądów, ideologii, półprawd, kłamstw, pomysłów. Upodobniamy Boga do siebie samych, przyoblekamy w swoje własne ułomności. Tak tworzymy swojego własnego bożka. Wówczas też wytwarzamy swoją własną fałszywą religię, którą możemy w sobie rozpoznać po tym, że wciąż lękając się, bojąc, nie chcąc dopuścić do „poniżenia” swojego własnego „ego”,  nic się nie udoskonalamy,  nie uodparniamy, nie uzdrawiamy.

Mamy Prawdę w zasięgu ale żyjemy obok niej biorąc z niej jedynie to, co nie bruździ nam naszego obrazu  siebie samych. Nie chcemy zajrzeć w głąb siebie, nie chcemy podjąć tego prawdziwego, choć może bolesnego dla naszego „ego” rachunku sumienia na podstawie tej Prawdy jaka jest w Nauce, Słowie i Świetle Trójjedynego Boga: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Tymczasem albo przyjmujemy Prawdę całą, albo nie przyjmujemy jej wcale.

 

Bóg mówi:

 

Bardzo rzadko duch pokonuje ciało i krew i daje nowego świętego ziemi i niebiosom. Czasem duch żyje z trudem, w stanie śpiączki, w której jest jakby umarły; żyje i reaguje jak stworzenie pozbawione Światła, Mojego Światła. Kiedy indziej duch jest dosłownie zabijany przez stworzenie (...) staje się gorsze niż zwierzę, staje się demonem, dzieckiem demona.

Dwie trzecie ludzkiej rasy żyje pod znakiem bestii.                                                  (KCZ 18)

 

Gdy Mnie Prawdę poznacie wyswobodzę was z grzechów, uwolnię od was samych, dam wolność prawdziwą, dam Miłość,  której świat nie zna, nie pojmuje i dlatego pragnąć jej nie potrafi...                                                                                                                         (Di 2611)

 

 

Kiedy wreszcie zrozumiesz, ze mam upodobanie w maluczkich i tych, którzy są im podobni? 

Im będziesz mniejszy, tym łatwiej ci będzie zagłębiać się  coraz bardziej w Światło. (...)

Światło jest udziałem tych, którzy o nie proszą.                                                    (OMM280281)

 

Chcę, abyście zajrzeli w głąb waszych serc i usunęli z nich wszystko to, co wypacza Mój Obraz. Wymiećcie resztki fałszywych wyobrażeń. Zmyjcie to, co upodabnia Mnie do was. (…) MÓWIŁEM WAM KIM JESTEM. JESTEM MIŁOŚCIĄ!                                                                           (POSM12)

 

Nie ma miłości tam, gdzie nie ma pragnienia nawiązania bliskich relacji, gdzie nie ma wzajemnego zaufania.

 

Zwodzenie siebie cz.2

18 sierpnia 2020
Człowiek chce siebie widzieć lepszym niż jest. I na ogół widzi to, czego pragnie, a nie to, co jest. Z tego zakłamywania siebie wynika najwięcej nieporozumień i nieszczęść... - Odrodzedoprawdy.pl/zwodzenie siebie

  W tych czasach wytycza się tak wiele dróg, łatwiejszych i przemierzanych przez wielu.  Prowadzą one jednak do spotkania ze Złym - ojcem kłamstwa. 

Droga Prawdy wyzwala z jego zniewoleń i wpływów, i prowadzi do spotkania z Osobą Boga Żywego.

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                               br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

  AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 028041