O drodze do jedności, jaką kroczą ci, którzy są ludźmi pokoju, który stanowić winien podstawową więź łączącą wszystkich ludzi - O drodze do prawdy.pl

O DRODZE DO PRAWDY...  O BOGU I O SOBIE 

Zbawienie to przyjęcie Prawdy i Miłości.

Święty Michale Archaniele broń nas w walce przeciw niegodziwością złych

 

Czym jest, jak dochodzi się do prawdziwego ożywienia duchowego na drodze życia wewnętrznego?

To spotkanie z Osobą, to poczucie przebudzenia...

 

  1. Kościele mówi się o różnych rodzajach duchowości (ignacjańskiej, karmelitańskiej, franciszkańskiej itp.), które w istocie są jakimiś uwidaczniającymi się formami religijności. Życie duchowe, o którym tu mowa ma głębszy wymiar. Kiedy zatem zaczyna się życie duchowe i kiedy człowiek staje się duchowym?

Pan Jezus powiedział:

Człowiekiem duchowym jest ten, w którym natura cielesna uporządkowana, posłuszna i karna ochoczo służy władzom duszy, uznając ich kierownictwo i nadrzędność. (PosM IV/6)

 

Do tego prowadzi właśnie droga życia duchowego, życia wewnętrznego na której człowiek ma coraz bardziej ograniczane strumienie bodźców zmysłowych, za którymi jako cielesny goni, które dają mu złudne poczucie życia.

 

zwykle zaczyna się od przeżycia duchowego przebudzenia. Jest nim osobiste spotkanie się z Osobą Boga, nawiązuje się intymna relacja. Bóg wchodzi w osobiste życie człowieka i działa w wyraźnie doświadczalny sposób. Nikt nie może tego przewidzieć, ani swojej ani czyjejś drogi zaplanować. Pan Bóg sam wybiera osoby, miejsce, czas i sposoby działania.

To dopiero wówczas rodzimy się jakby na nowo (por. J 3, 1-8). Duch Święty udzielając się, napełniając Swoją Miłością, daje nam nową świadomość, ukazuje nam nową rzeczywistość, właśnie rzeczywisto­ść Przenajświętszego Boga – TEGO KTÓRY JEST. Ta rzeczywistość Boga, zanurzenie w Bogu wprowadza człowieka w niewyrażalne duchowe rozkosze, czasem tak, że czuje, iż więcej już nie byłby w stanie znieść. Stąd też wie, że to tylko przedsmak Nieba. Ale to już daje poznanie czym jest ta nie do wyrażenia, niewyobrażalnie czuła Miłość Jezusa. Taka Miłość nikogo nie może odrzucić, to człowiek sam się wyklucza. To doświadczenie daje zrozumienie, że On jest nagrodą. On staje się celem życia. Osiągniemy ten Cel, jeżeli poświęcimy siebie dla miłości. Odkrywamy wówczas zupełnie inne wymiary swego życia, dostrzegamy nowe problemy, nowe zagadnienia, wiele ze starych całkowicie traci na znaczeniu. Pragniemy tak bardzo tych chwil, tych doświadczeń, że wszystko, co dotąd ceniliśmy przestaje się liczyć, wszystko jest temu podporządkowane. Są to najcudowniejsze dni w naszym życiu, których już nigdy nie zapomnimy. Pozostaną one w naszej pamięci chronione niczym bezcenne perły. Sięgać do nich będziemy w najcięższych momentach życia, dla których przejścia było potrzebne to doświadczenie. Bóg daje nam dowód swojej nieskończonej miłości bez względu na to, jacy wciąż jesteśmy i jacy się stajemy. Bo paradoksalnie te nadprzyrodzone doświadczenia sprawiają, że stajemy się gorsi niż byliśmy. Choć jesteśmy pełni entuzjazmu i gorliwości, to jednak również czujemy się wybrańcami, lepszymi od innych, świętymi, gotowi jesteśmy wszystkich pouczać, wzrasta nieuświadamiana pycha duchowa. Ta pycha może być naszą ruiną.

 

Trzeba mieć tę świadomość, że to, co być może czyniliśmy, by wejść na drogę życia duchowego, było tylko jakąś formą otwierania się, ale raczej z niczego nas nie oczyściło, ani też duchowo nie przygotowało. Prawdziwe życie duchowe cechuje bojaźń Boża, oddanie się Bogu, na fundamencie których udziela się nam Duch Święty. Bojaźń, że można wewnętrznie błądzić, że można czymś Boga zasmucić, uczucie skruchy, pokory, wielka pogarda dla siebie, niechęć do bycia podziwianym, znanym, a nade wszystko zawierzenie skutkujące brakiem przywiązania do własności.

To wszystko, czego nie chcemy dopuścić do świadomości, choć pozostaje nieuświadomione, jednak skupia się w duszy i żyje w nas oddziałując, wpływając na uczucia, psychikę, na podejmowane decyzje, na nasze ciało. Nie możemy się wyzwolić z tego zła, którego nie widzimy. Musi więc wydarzyć się coś nadprzyrodzonego, co skruszy tę naszą naturę byśmy mogli sobie to wszystko uświadamiać, by móc się z tego oczyszczać.

Zatem po tych cudownych doświadczeniach Bożej Miłości nadchodzi moment, gdy Bóg się niejako ukryje – bo przecież przenika On zawsze i wszystko. Odczuwamy to, jako całkowite przez Niego opuszczenie. Tak dotkliwie to przeżywamy, że pozwala nam to uświadomić sobie, że całe nasze dotychczasowe życie, życie wszystkich ludzi na świecie, nawet Go nienawidzących, toczy się w atmosferze Jego miłości. Gdy teraz Bóg jakoś wyklucza nas nawet z tej „normalnej atmosfery”, przestaje ona nas w pewien sposób przenikać, zmierzamy ku rozpaczy, opuszczenie staje się wręcz piekłem (zapewne tylko namiastką piekła). Zresztą tym zapewne jest piekło – stanem, którego nie przenika Boża miłość, choć pozostaje w mocy Bożej. Przenikający zaś piekło lśnienie Bożej prawdy sprawia, że wszelkie byty duchowe w tym stanie są przeraźliwie świadome swego położenia. Nie ma możliwości samooszukiwania się ani ucieczki, bo nic poza Bogiem nie istnieje. Pozostaje cierpienie nie do zniesienia, bez nadziei zmiany.

Wracając na ziemię - gdyby nie pamięć niedawno przeżytych chwil szczęścia w Bożych objęciach, której się trzymamy jak koła ratunkowego, rozpacz odebrałaby nam życie. To, czego przez całe życie nie dopuszczaliśmy do świadomości, teraz w tymże świetle prawdy wrze w nas tak bardzo, że nie panujemy nad sobą. Dotyka nas niemalże obłęd, dostrzegamy siebie, jako jakiś brudny łachman, a cała nasza praca nad dobrym mniemaniem o sobie, dobrym obrazem w oczach innych rozsypuje się w proch, w nicość. Inni bowiem dostrzegają nasz stan.

Nic jednak lepszego na tej ziemi nie może człowieka (który nie wzrastał od początku życia w świętości) spotkać. Każdy musi stanąć w Bożej Prawdzie. W tym życiu jest to jednak najmniej bolesne.

 

Warto wiedzieć o tych pierwszych etapach rozpoczynających prawdziwe życie duchowe, gdyż wiedza ta pomaga w tych trudnych momentach nieco rozumieć, co się z nami dzieje. Kierownictwo duchowe lub porady kogoś, kto przez to wszystko sam przeszedł, byłyby tu wielką pomocą.

Ten pierwszy etap - doświadczanie Bożej miłości jest już życiem duchowym, ale jest to raczej ślepe gonienie za uczuciem. Jeszcze nie Bóg się liczy, a Jego Dar. To drugie, trudne i straszne doświadczenie zapoczątkowuje już jednak świadome życie wewnętrzne. Gdy znika Dar, wołamy wreszcie TEGO KTÓRY JEST. Stopniowe wychodzenie z tego stanu i to, co dzieje się później, to już w świetle tych doświadczonych rzeczywistości dogłębne oczyszczanie z wszystkiego, co w nas cielesne i zmysłowe oraz uświęcanie. Lecz jest to długi proces, który dokonuje się właśnie na drodze życia wewnętrznego, życia duchowego będącego świadomą współpracą z Bogiem w każdej chwili swej codzienności. Spotkanie z Bogiem nie dokonuje się poza naszą świadomością, ale w naszej świadomości. Wyjść na spotkanie z Bogiem, to być świadomym i tu oczekiwać swego wspaniałego Oblubieńca, Przyjaciela, Króla. On tu nas nawiedza, tu oczekuje…

Toczące się Życie w bezpośredniej relacji z Bogiem Osobowym tworzy osobistą historię zbawienia. Kiedy TEN, KTÓRY JEST, stał się dla nas wspaniałą rzeczywistością, wszedł w naszą świadomość, wtedy i my zaczynamy siebie dostrzegać w rzeczywistości, w prawdzie, otrząsając się ze złudzeń i z zakłamania. Wtedy zaczynamy w prawdzie po­znawać siebie i Boga, Jego myśli, zamiary, wolę, Jego zawsze przebaczającą miłość ale i straszliwy Majestat. Rozumiemy czym jest bojaźń Boża, mamy wielkie pragnienie bycia sprawiedliwym, co otwiera na inne Dary Ducha Świętego. Jezus staje się dla nas nieskończoną kopalnią z której możemy wydobywać -jak mówił św. Paweł - ukryte wszelkie skarby mądrości i wiedzy. Boskie Tajemnice i prawa duchowe, których poszukuje dusza na swej drodze i które pragnie poznać wkrótce stają się niezwykle jasne, a rzeczy proste. Widać wtedy, jak bardzo my sami wszystko w swym umyśle gmatwamy. Mądrość i Miłość towarzyszy duszy wprowadzając ją w zdumienie, zachwyt, rozpoczyna się wielka i wspaniała przygoda życia wewnętrznego. Można ją też porównać do wspinania się na górę wąską ścieżką, odkrywania światów, któ­rych istnienia nawet nie przypuszczaliśmy. Ogromne jest bogactwo tego wewnętrznego świata. Przychodzą momenty, że słowa i pieśni uwielbienia przestają wystarczać, w ciszy duch wpada w zachwyt, wewnętrzny ogień rozpala, świat przestaje istnieć, dusza rozpływa się w niewysłowionym szczęściu... Dzięki tym radosnym chwilom wszystko łatwo podporządkowuje się Bogu, Jego wola staje się potrzebą, trud radością, cierpienie zyskiem, to co świat nazywa śmiercią staje się pragnieniem, Jezus celem. Gdy duch pozwala wrócić świadomości na ziemię, człowiek widzi biedny, dziwny, rozgorączkowany świat z braćmi i siostrami za czymś goniącymi, zatroskanymi o rzeczy nędzne, nieistotne, zbędne, martwe, o coś walczącymi, szukającymi jakiś emocji w tym, co wydaje się niczym albo i brudem: na stadionach, imprezach, pokazach, występach, koncertach... To wszystko choćby po ludzku najpiękniejsze, staje się niczym, wręcz przesłania, oddziela od Nieskończonej Wspaniałości! Biedny jest człowiek, który nie zna tego wewnętrznego świata, który nie został jeszcze rozbudzony w życiu duchowym. Ale jak go rozbudzić z jego złudzeń? Zaprzeczać, tłumaczyć, budzić z letargu na siłę, gdy z takim przekonaniem mówi od rzeczy? Czy też by nie ranić jego „ego” i uczuć, ze zrozumieniem dla jego duchowej choroby udzielać wsparcia dawką emocjonalnego narkotyku? Leczyć czy tylko znieczulać? Z przyjaźni pogodzić się z uznaniem za wroga, czy pozostać przyjacielem będąc dla jego duszy wrogiem? Wołamy do Boga o Jego Mądrość i Miłość, by stały się naszymi stałymi towarzyszkami. Wyjątkowa delikatność, czułość ale i moc, umiejętność wykazywania błędów bez ranienia uczuć, wznosząc a nie dołując, zrozumienie lecz i ukazywanie wymagań, łagodność i stanowczość, odczuwalna miłość i troska łagodząca trudną prawdę – te cechy serca Niepokalanej Dziewicy, Matki Jezusa i naszej Mamy i Królowej stają się naszym niedościgłym wzorem.

 

Na tej drodze (szczególnie w jej początkach) wszystko wewnątrz nas się przeplata. Cierpienia i radości, bóle i szczęście, momenty nieugiętej wiary i zawahania, heroizm i zdrady, szalona ofiarność i odkrywanie swego wyrachowania, wielka pokora z upadkami w pychę, spokojna ufność i zatrwożenie, entuzjazm i zniechęcenie… Przychodzi też czas, gdy popadamy w skrajności np. przewrażliwienia, nadmiernych skrupułów, kiedy zapomnienie zwrotu jednego grosika wydaje się ciężkim przestępstwem. Ale przejście przez to też jest konieczne dla osiągnięcia stanu równowagi. Jesteśmy bowiem tak przejęci swym stanem, swoją obrzydliwością, że wręcz odnajdujemy inny wymiar Bożego Miłosierdzia, o które z łzami w oczach błagamy: by Pan bez miłosierdzia nas oczyszczał. Na powierzchnię świadomości mogłoby już wówczas wypłynąć niepowstrzymywane przez nas całe to fermentujące bagno, które może się przez całe nasze życie w duszy nagromadziło. Wielu mogłoby to zapewne przyprawić o śmierć z obrzydzenia, gdyby dobry Bóg nie miał nas w swojej opiece. Według swojej wszechwiedzy pojedynczo, powoli na ile zachowujemy gorliwość i pragnienie, sam odsłania przed nami wszystko, sztuka po sztuce, warstwa po warstwie. Powinniśmy przykładać siekierę aż do korzenia, by nic już nie odrastało. To np. pilne czuwanie nad sobą, by nie zajmować się cudzymi sprawami, które do nas nie należą, to nie myślenie źle o nikim. Wzajemne oddziaływanie na siebie duszy i psychiki wpływa na nasze ciało. Ustępują wszelkie ~holizmy i ~manie, zanikają żądze, wracać może zdrowie fizyczne. Będziemy na tej drodze co jakiś czas dochodzili do rozstaju. Duchowość albo świat. Wolną wolą sami decydujemy. Gdy zatrzymamy się, staniemy się oziębli i gnuśni. Trzeba wciąż zadawać sobie nieco przymusu, by wybierać tę coraz węższą ścieżkę doskonałości świętych. Z czasem nad wieloma rzeczami (które kiedyś wydawały się nie do przejścia) przechodzimy z łatwością i weselem. To dzięki wzrastaniu w cnotach, które są umiejętnością przezwyciężania ataków uczuć. I stopniowo wszystko w nas wycisza się, wyprostowuje, wyjaśnia, serce staje się prawe, dusza coraz bardziej czysta i wrażliwa. Choć wciąż nasza ludzka niestałość nazbyt często będzie dawała o sobie znać, bo nawet i mimo woli wciąż przecież podlegamy zmianom. Rozproszenia, roztargnienia, złe poruszenia, własna grzeszność, zły nastrój, gorycz, ospałość, silne pokusy, co jakiś czas będą nas dopadać. Ból zadaje nam świadomość odpowiedzialności za każdą zmarnowaną chwilę życia dla wygody, z głupoty, lenistwa, lęku… Straconą bezpowrotnie jest każda chwila bez miłości. Pustą, ciemną, zniweczoną każda przeżyta z miłością siebie. Nie wyzuliśmy się jeszcze dostatecznie z własnego „ego”, nie mamy jeszcze mądrości ani duchowego zdyscyplinowania, by potrafić wznosić się ponad tę zmienność. Ale przeciwności hartują i dają zasługi. Gdy wciąż poddajemy się Bożemu prowadzeniu przestajemy z czasem zajmować się sobą. Stajemy się wewnętrznie wolni, niejako obojętni na to, co się z nami dzieje. Pan wszystkim kieruje według swej wszechwiedzy i upodobania, sam nadaje kształt naszej duszy, ociosuje ją i szlifuje, a poprzez codzienne poświęcanie się Niepokalanemu Sercu Maryi, Ona - Matka Pięknej Miłości wygładza i poleruje ten tak cenny w Oczach Bożych kryształ naszej duszy. Tak Bóg kształtuje naszą niepowtarzalną osobowość, by pasowała do miejsca przeznaczonego nam w Jego Niebiańskim ogrodzie.

Pierwsze dwa etapy (doświadczenie nieskończonej i niepojętej miłości Boga i własnej nędzy, grzeszności, małości) ukazują nam przepaść dzielącą nas od Boga, albo inaczej nieskończony kontrast pomiędzy Nim a nami. Stajemy się ludźmi tego świadomymi, pokornymi, nabieramy cnoty bojaźni, czci, uwielbienia. Etapy te są stosunkowo krótkie, kolejny – oczyszczania i kształtowania trwa w zasadzie przez resztę naszego życia. Nie zawsze jednak dusze pozwalają Bogu doprowadzić się do stanu przez Niego zamierzonego. Nie przestają wprawdzie być Jego dziećmi, ale za „misę soczewicy” rezygnują ze swego pierworództwa.

 

Nie tylko w życiu zakonnym ale również w świeckim, zwyczajnym, w codzienności pośród świata możemy otwierać się, zapraszać i oczekiwać Boga. Pojawiają się tu jednak pewne niebezpieczeństwa. Może posiedliśmy pewną wiedzę i bardzo chcemy żyć życiem duchowym. Jednak tymczasem, wciąż jeszcze mamy w sobie tę wielką zdolność projekcji, tworzenia fikcji, wypaczania znaczenia słów. Z życiem duchowym mylimy jakieś przyjemne wewnętrzne doznania. A może być to np. jedynie emocjonalne ciepełko pochodzące z naszego wewnętrznego życia psychicznego. Wówczas jednak ten nasz wewnętrzny świat staje między nami a Bogiem. Pochodzi on właśnie z naszego życia zmysłowego, cielesnego, którego nie można w żaden sposób pogodzić z prawdziwym życiem duchowym.

W Kościele wzywa się, by otworzyć swe serce Bogu, zachęca się, by wypłynąć na głębię. Ale już niewiele mówi się, czym to jest. Czasem ktoś nieświadomie pozostaje otwarty, jest na głębi, choć w swej prostocie nie zdaje sobie z tego sprawy. Może właśnie przez prostotę, przez swą czystość, wspaniałomyślność, sprawiedliwość, ofiarność, współczucie, pokorę, wewnętrzną małość, jakąś predyspozycję serca czy dzięki dobrej woli? Bóg widzi tę jego nieuświadomioną gotowość, zatem niejako nie pytając wkracza w jego życie, nie naruszając przy tym jego wolnej woli. Ktoś może otrzymać tę łaskę dzięki czyimś bezinteresownym gorącym modlitwom i ofiarom. Ale zdaje się, że większość ludzi musi popracować nad swoim otwarciem serca, nad wypłynięciem na głębię.

Służy temu to, co w wielu religiach zwie się ascezą, umartwianiem zmysłów, by wyzwolić ducha. W dzisiejszym Kościele jest to niemodne, ale pozostaje modne pośród sług i ofiar szatana. Bo czymże jest maltretowanie swego ciała dla atrakcyjnego wyglądu czy uzyskania sylwetki zgodnej z aktualną modą, by potem wystawiać je na pożądliwe i zazdrosne spojrzenia? Jest to bezczeszczeniem świątyni swej duszy i Bożej świątyni, jaką jest nasze ciało. Grzechy ludzkie dają moc szatanowi. Gdyby ludzkość przestała grzeszyć, złe duchy stałyby się słabe, a od wstrętnej im czystości moralnej i duchowej uciekłyby same do swego piekła. Zdolni jesteśmy do naprawdę wielkich wyrzeczeń, tylko źle ukierunkowanych.

Zatem otwarciu się służy asceza, post, umartwienie nadmiernie rozbudzonych zmysłów, praca nad oczyszczaniem się z pragnień, upodobań natury emocjonalnej, oczekiwania szybkiego uzyskania wyników. To wprowadza też w stan pokory będącej naczyniem cnót. Jednak ważne jest, by to czynić nie tyle ze względu na siebie, a ze względu na Boga w czyjejś intencji – z poświęceniem siebie. To już jest ofiarna miłość. Gdy będziemy to czynić w intencji wrogów, tych, którzy nam źle czynią, to już jest miłosierdzie. Stajemy się naśladowcami, uczniami Chrystusa. Już wielkim szczęściem jest móc świadomie podążać drogą do szczęścia. Dalej On poprowadzi nas poprzez krzyż. Od krzyża nie da się uciec, bo gdziekolwiek byśmy się udali i ukryli, wszędzie zabieramy siebie. Potrzeba więc z tym się najpierw pogodzić, a z czasem stanie się on wręcz pragnieniem, pociechą, naszym uczestnictwem w ratowaniu świata.

Gdzieś znaleziona krótka rozprawa z1937 roku tak opisuje umartwienie: „Jest to śmierć zadana miłości własnej - śmierć odejmująca życiu miękkość, oddzielająca duszę od zmysłów, rozłączająca ją od przyjemności ciała, dająca jej życie duchowne. Jest to ofiara miłości; - dusza jest tu kapłanem, ciało ofiarą, serce ołtarzem, umartwienie mieczem, miłość ogniem. Umartwienie jest to męczeństwo bez kata, nie tak okrutne jak bywa za wiarę, lecz dłuższe, przykrzejsze i bardziej dobrowolne. Czymże jeszcze jest umartwienie? Jest ono dokonaniem ofiary Chrystusowej, dopełnieniem tego, czego niedostaje Jego Męce - według słów świętego Pawła: "I dopełniam to, czego braknie utrapieniom Chrystusowym, w ciele moim za ciało Jego, którym jest Kościół" (Kolos. 1,24). Umartwienie czyni ciała nasze członkami Jezusa Chrystusa, ożywia nas Boskim duchem Jego, czyni nas uczestnikami męki Jego, skarbi nam łaski i wynosi nas na stopień chwały Jego. Ach! Czemuż tak mało się umartwiamy? Bo nie kochamy Chrystusa; bo nie jesteśmy jednymi z członków Jego; bo nie ożywiamy się duchem Jego; bo prowadzimy życie zmysłowe i cielesne, bo mamy w nienawiści krzyż, bo jesteśmy niewolnikami ciała swego, a nie smakujemy w rozkoszach ducha; jesteśmy ludźmi zwierzęcymi, ziemskimi i nieprzyjaznymi Bogu. Spraw przeto miłościwy Boże, iżbyśmy umarli śmiercią sprawiedliwych, aby potem móc żyć życiem sprawiedliwych; niech będziemy ofiarą miłości, aby potem umrzeć śmiercią, miłości.”

Podejmując się postu cielesnego dla umartwienia zmysłów zapobiegamy oszustwu poszukiwania przyjemności . Daje on Tej, Która w Bożych Planach ma zgnieść głowę Węża wielką moc wynagradzającą, stawiającą tamę przeszkadzającą rozszerzaniu się zła. Istnieje także post duchowy, polegający na unikaniu wszelkiego zła, aby karmić się jedynie życiem Łaski i Światłością Boga. Jest post umysłu chroniący od wszelkiego błędu, pomagający przyjmować Prawdę objawioną przez Jezusa poprzez karmienie umysłu jedynie drogocennym pokarmem Boskiego Pisma i przesłaniami Niebieskiej Mamy! Post serca uwalnia od przywiązania do siebie, dóbr i stworzeń umożliwiając tworzenie wspólnoty. Wszystkie rodzaje postu budują wokół siebie silną tamę stanowiącą przeszkodę dla zła i grzechu. Przez ascezę składamy Panu siebie w ofierze wynagrodzenia. Stajemy się narzędziami pokoju rozsiewając wokół siebie pokój serc.

Innym otwarciem się jest skrucha. Im bardziej będziemy wchodzić w życie świadome, im bardziej będą otwierać nam się oczy, tym więcej będziemy dostrzegać w sobie to, co nazwiemy swoimi obrzydliwościami. Dostrzegając je, łatwiej o skruchę. Ale jest problem, gdy nie mamy skruchy, bo nie dostrzegamy w sobie niczego, co by ją pobudziło albo nawet dostrzegając, w żaden sposób nie możemy w sobie wzbudzić żalu. Wtedy możemy dostrzec, że skrucha też jest Bożą łaską, o którą zapomnieliśmy prosić. A prosząc znów powiększa się nasze naczynie cnót tzn. pokora. Skrucha jest zatem łaską, na którą również musimy się otworzyć przez umartwianie pychy. Trzeba skruchę swym natręctwem, swą natarczywością wręcz wytargować od Boga. Tymczasem czym jest najczęściej dzisiejsza tzw. spowiedź? Często kolejnym złudzeniem, bo nie można dostrzec, by w tym naszym ponad dziewięćdziesięcioprocentowym chrześcijańskim społeczeństwie obyczaje stawały się lepsze, by wzrastała moralność, by choćby obniżała się przestępczość po kolejnych świętach, gdy spowiedzi stają się jakby powszechne. Pan Jezus ustanowił Sakrament Pokuty, który jest najbardziej skutecznym sposobem na oczyszczanie swej duszy i wyzwoleniem spod władzy szatana. A sama spowiedź szczera jest jednym z jego warunków. Nic się nie zmienia w nas na lepsze bez dokładnego spełnienia ich wszystkich. Skrucha nie może być też jakimś aktem jednorazowym, lecz stanem stałym. To i tak mało, bo nawet ciągłe łzy skruchy nie zdołałyby przez resztę naszego życia wynagrodzić Bogu cierpień i zniewag jakie Mu zadaliśmy, i wciąż zadajemy. Całkowicie wynagradza i zbawia nas Krew Chrystusa.

Owocem stałej skruchy jest trwanie w pokoju i miłości. To dopiero stała skrucha wyprowadza z ciemności do Światła, otwiera bramy kontemplacji. Stała skrucha wymaga czujności i przebudzenia (czyli świadomości) wprowadzając w stan modlitwy nieustającej, w stan stałej świadomości Bożej obecności.

 

Nasze „ego” ma niesamowitą wręcz zdolność do matactwa dla ratowania i wynoszenia siebie. Od „ego” może więc też przyjść owa chęć do „otwierania się”. Dlatego we wszystkim zawsze trzeba badać, co mną kieruje, badać swoje intencje, które powinny stawać się coraz bardziej czyste, proste i prawe, tzn. nie dla szukania siebie, nie dla własnej korzyści, nawet nie dla duchowych rozkoszy, a wprost nakierowane na chwałę Boga. Tak samo i działania, które gdy nie wypływają z Woli Bożej, a wyprzedzają łaskę, prowadzą do zniechęcenia, do gorszenia się np. brakiem ludzkiej wdzięczności. Dlatego trzeba pamiętać, że duchowość nie jest kwestią jakichś treningów psychiki, ćwiczeń woli, pogoni po licznych sanktuariach za doznaniami „duchowymi”, studiowaniem teologii czy książek o duchowości dla osiągnięcia ludzkiej mądrości, katowania ciała dla swej duchowej wyższości nad innymi, klepaniem pacierzy i uczestnictwem w licznych nabożeństwach dla uzyskania Bożej przychylności, czy społecznym udzielaniu się, by czuć się potrzebnym, usatysfakcjonowanym i zadowolonym. Wszystko to, czynione nawet w związku z Bogiem, do spotkania z Bogiem Osobowym może nie prowadzić, będąc kolejnym sposobem egoistycznego szukania siebie.

 

„Ego” nie znosi braku doznań zmysłowych, samotności, ciszy, które dopuszczają do świadomości przykry wówczas dla nas głos sumienia. Trzeba go wytrzymać, znosić, uznać za przyjaciela. Dlatego najbardziej „bezpiecznym” i pożądanym „działaniem” powinna być adoracja w ciszy Jezusa Eucharystycznego, stopniowo wydłużana. Początki są niezwykle trudne, ale kto wytrwa dojdzie do wielkiego pokoju, radości, poczucia szczęścia. Również poświęcenie odpowiedniej ilości czasu przed każdym nabożeństwem czy modlitwą na wyciszenie się, na uświadamianie sobie bycia „tu” i „teraz”. Boga nie spotkamy ani w naszej przeszłości ani w przyszłości, ani w żadnym miejscu do którego myślami podążymy. Świadome stawanie w Obecności Bożej jest ważniejsze od wypowiedzenia samych modlitw. Szczególnie podczas modlitw trzeba zważać swym duchem na myśli, jakie w nas się pojawiają. To również uczy pokory. Każde choćby „tylko” przeżegnanie się musi iść w parze ze świadomością gdzie jestem, co czynię i Kogo!!! wzywam – Przenajświętszego Boga w Jego nieskończonym majestacie, przed którym padają na twarz aniołowie i wszyscy święci. Zatem świadomość na modlitwie, świadomość dla skruchy, świadoma intencja, świadome umartwianie zmysłów i asceza by dojść do pragnienia Boga dla Niego samego, nie dla siebie. Sługą nieużytecznym jestem, nie Bóg jest dla mnie lecz ja dla Boga. Trzeba iść na wymianę. Być całym dla Boga, wtedy On cały będzie dla nas, sam dźwigać będzie nasze ciężary. Kto myśli samodzielnie ten dostrzega, że to czysty zysk. Pozwólmy Bogu zadbać o nas. Jego krzyż, Jego jarzmo jakże jest słodkie…

 

  1. Kościele Chrystusowym istnieje już bogate doświadczenie i duża wiedza o tej drodze życia duchowego, wpisujące się w jego Świętą Tradycję. Wielu ludzi, mając szczególnie głębokie doświadczenia, przy tym odpowiednie predyspozycje, opisywało je i w oparciu o nie rozpoznawało jakby pewne jego reguły. Tak powstała teologia życia wewnętrznego. Powinno się skupiać świadomość nie na innym, lecz na tym bogactwie Kościoła i czerpać z niego, bo zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych jest wiele. Bóg walczy o zbawienie człowieka, ale walczy o niego i szatan, przeciwstawia się świat, budzą się zmysły, ranione są uczucia, przychodzą kryzysy. To wszystko jednak hartuje, oczyszcza, kiełkują i dojrzewają cnoty. Pan Bóg pociesza, zachęca, prowadzi, daje moc. Posyła Niepokalaną o sercu słodkim, która jak już była o tym mowa, jest niezrównana w wyprowadzaniu z błędów bez ranienia uczuć, w poprawianiu i wymaganiu bez doprowadzania do zniechęcenia, prowadzi, pociesza, zachęca, podtrzymuje, w potrzebie wręcz niesie na rękach, pokazuje kierunek podtrzymując nadzieję, wciąż wzwyż i wzwyż drogą doskonałości, na same szczyty miłości. To nie jest droga tylko dla wybranych, dostępna jest dla wszystkich. Więcej jeszcze – Bóg dziś tego od nas żąda.

 

  1. to się dzieje praktycznie? Czy możliwe jest by sam Bóg, by Niepokalana, by duchy czyste mówiły do nas? Nawet będąc w pobliżu najdoskonalszego nadajnika o największej choćby mocy nie zdołamy nic odebrać, jeżeli nie dostroimy swej anteny odbiorczej do długości fali, do częstotliwości z jaką nadaje. Ukierunkowaliśmy i nastroiliśmy swe zmysły na odbiór tego, co przekazuje świat. Niebo zaś „nadaje” z zupełnie przeciwnej strony, na innych falach, innej częstotliwości wymaga. Inny też odbiornik trzeba by uruchomić – ducha. Uczestniczymy może w różnych rekolekcjach, nauczaniach, dniach skupienia, ale czy one coś trwałego w nas wnoszą? Nie udoskonalamy się, bo usiłujemy z uporem maniaka osiągnąć coś, do czego nie jesteśmy jako ograniczone stworzenia w ogóle uzdolnieni. Nie mamy po prostu takich predyspozycji, by odbierać naraz na dwóch kanałach. Nie mamy dwóch percepcji. A chrześcijanie usiłują włączyć ducha przy jednoczesnym dogadzaniu zmysłom. Nie damy rady się udoskonalić, gdy przed świętami usiłujemy wyłączyć zmysły, by uczynić coś dla ducha, by podczas samego świętowania i po świętach wejść z powrotem w swe zmysłowe życie. Gdybyśmy się nastawili jedynie na poznanie Boga, gdyby to stało się naszym jedynym celem życia, nasza percepcja wkrótce odbierałaby jedynie to, co dotyczy spraw duchowych. Niestety nam jednak szkoda na to życia. Gdybyśmy jednak to pojęli, zdecydowalibyśmy się na „nudzenie się” ograniczając dostęp bodźców do zmysłów i na „tracenie czasu” spędzając go w ciszy, sam na sam ze swoimi myślami, próbując je uspokoić, wyjść poza ten wewnętrzny „hałas”, by duchem usłyszeć Ducha. Z czasem nauczylibyśmy się wyłączać zmysły i myśl, by „słyszeć”. To wchodzenie czystą świadomością w Bożą Obecność. Nic nie jest ważniejsze jak dojście do życia w nieustannej świadomość Jego Obecności, a więc Jego niepojętej miłości, którą nas otacza, chroni i oświeca. A wówczas wszystko, wedle pragnień poznania Boga, zaczęlibyśmy pojmować. Tymczasem tracimy cenne godziny naszego życia spędzając je przed „duchem obdarzonym obrazem Bestii”- jak mówi Apokalipsa św. Jana o ekranach kin, komputerów czy telewizorów, którym wszyscy mieszkańcy ziemi – jak jest zapowiedziane – już oddają cześć. Bo rzeczywiście ustawiane w najważniejszych, centralnych punktach pokoi i salonów są jak ołtarze, które zastąpiły dawne domowe ołtarzyki. I spełnia się to, co prorokował św. Jan Ewangelista, że „obraz bestii” będzie „otwierać usta”, by bluźnić Bogu i że dane mu będzie wszcząć walkę ze świętymi. Możemy już dostrzec skutki tej walki. Umysły chrześcijan zostały zaciemnione dymem buchającym z czeluści, jakim jest zalew nowych prądów, mód, trendów, teorii, filozofii, nowych błędnych doktryn i nauk nawet w teologii. Serca chrześcijan spalają pożądliwości, które też odebrały wolność woli. Tak wzrastamy ale nie w jedności, braterstwie, miłości, w nawiązywaniu bliskich relacji, a w lękach i obawach przed sobą nawzajem, we wzajemnym niezrozumieniu, niechęci, wrogości. Modlitwa zaczęła męczyć, stała się letnia, bezduszna, coraz krótsza. Zastępuje się ją działalnością charytatywną i społeczną zmieniając misję Kościoła, którą jest duszpasterstwo, czyli właśnie budzenie i prowadzenie ludzi do życia duchowego, wewnętrznego - dla jednoczenia się z Bogiem. Same fundamenty Kościoła są zagrożone, bo desakralizacja wdarła się do Świątyni Boga, powodując zamęt w Liturgii i bunt, jakim jest „zesztywnienie karków” w wyniku braku bojaźni. Człowiekowi bezwzględnie przystoi zginać kolana, padać na twarz w Świętej Bożej Obecności. Bojaźń Boża jest początkiem mądrości, warunkiem udzielania się Ducha świętego w Jego niepojętych Darach. Bez niej logika naszego umysłu jest w stanie podważyć wszystkie Boże Dzieła. Na tej zasadzie uwypuklając pojęcia „uczta” czy „dziękczynienie” znosi się dziś Świętą Ofiarę Eucharystii, co doprowadzi do zapowiadanej „ohydy spustoszenia” w Świętej Świątyni Pańskiej w skutek czego przeleje się przepełniony już kielich gniewu Bożego. Królowa Pokoju wzywa chrześcijan do stworzenia wraz z Nią łańcucha wynagradzania Bogu zniewag.

 

  1. polecił nam, byśmy swą dobrą wolą kierowali się wyłącznie tym, co miłe jest Jemu i oddaje Mu chwałę. A to oznacza kroczenie drogami nieskazitelnymi z sercem niewinnym w dążeniu do doskonałości jak Bóg jest doskonały. Wiedząc już, że bardziej Bóg pragnie od nas najmniejszego choćby stopnia czystości duszy, niż największych dzieł jakie moglibyśmy dokonać, mając świadomość emanującej z telewizora, komputera i internetu siły, która pociąga, upaja i zniewala módlmy się przede wszystkim o uwolnienie nas od zniewolenia przez Bestię, która wzięła nas w posiadanie. Módlmy się i zacznijmy stronić od „obrazu Bestii”, który modlitwę czyni jałową, bezduszną, letnią, byśmy doszli do modlitwy żarliwej, wspaniałomyślniej i ciepłej, a tylko taka jest dla Boga dowodem naszej ku Niemu miłości. Tak wynagradzając sami otrzymywać będziemy Boże światło Prawdy. Odkrylibyśmy wówczas nieskończoną wartość Ofiary Eucharystycznej, czym ona jest i jakie są dziś realne dla niej zagrożenia, a przez to zagrożenia dla istnienia całego tego ziemskiego świata. Odkrylibyśmy jak żyć Żywym Słowem Bożym, którym jest również to, co mówi dziś Niepokalana do całego świata, poprzez swych wybrańców. Usłyszelibyśmy co mówią Osoby Boskie przez powoływanych współczesnych proroków. Jaka jest jednak świadomość, że Bóg i dzisiaj do nas coś mówi? Jakimś zaciemnianiem Prawdy jest twierdzenie, że wszystko już zostało powiedziane, wszystko objawione i nic już do tego Bóg nie może dodać. Owszem Objawienie dotyczące nas jest pełne, ale nie rozumiane, a Bóg jest niepojętą Tajemnicą, którą odkrywać będziemy przez wieczność. Jakże więc możemy mówić, że dzisiejsze Objawienia prywatne są nam niepotrzebne? Podziały pośród chrześcijan wciąż narastają. Nie ma już wewnętrznej jedności nawet w samym Kościele Katolickim. Wciąż powstają nowe formy bałwochwalstwa. Współczesnym, najgorszym z możliwych jest kult rozumu, który wszystko co nadprzyrodzone dziś kwestionuje, każdą Prawdę, każdy dogmat. Boże Słowo jednak nigdy nie przestawało rozświetlać specyficznych ciemności kolejnych pokoleń. Im bardziej rozprzestrzenia się zło, tym bardziej rozlewa się Łaska. Pan daje jednak łaski, daje światło tym, którzy pragną być sprawiedliwi. Mając więcej światła widzą to, czego nie widzą inni, dostrzegają – a to napawa ich bólem, jak Bóg jest dziś obrażany, lekceważony, nie kochany. A że wiedzą i widzą jaką męką jest dla człowieka życie bez bliskości Boga, dlatego współczują i usiłują budzić tych, których świadomość jest zamroczona, omamiona, przytępiona złem przez Zło. Ale jakże są źle rozumiani, potępiani, odrzucani.

życie duchowe

27 kwietnia 2020
Matka Boża w Medziugorju  dla ratowania świata daje nam swoje orędzie ukazujące drogę ratunku.

Z miłości do szukających Prawdy przy­chodzę, aby ponownie pokazać, czym faktycznie Prawda jest i co Ona oznacza, bowiem zapomniano

o tym.   Ja jestem Prawdą, a Prawda jest Miłością. Miłością Nieskończoną, Miłością Najwyższą, Miłością Wieczną.    (PŻwB 9.04.88)

  "Wszelkie Prawa zastrzeżone" jedynie co do zasad wzajemnego  poszanowania i życzliwości. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów jest jak najbardziej wskazane. Utrzymuję ten portal z własnych środków, nie czerpię stąd żadnych korzyści, a służyć mają powszechnemu dobru. Proszę więc o wyrozumiałość, jeżeli nieświadomie wykorzystałem czyjąś własność prywatną. Z góry przepraszam, proszę o wspaniałomyślność lub o ewentualny kontakt, a natychmiast usunę. 

Wszelkiego prawdziwego dobra wszystkim bez wyjątku życzę. Z codziennym darem modlitwy o  oświecenie nas wszystkich światłem Bożej Prawdy i uświęcenie.

Strona może zawierać pliki cookies.                                                                                                                                               br.stanislaw@gmail.com

 

 

DEO  OMNIA  GLORIA

  AVE MARIA

Gorliwość i ufność

 Odsłon: 027320